Radość, złość, orgazm i łzy

Kiedy zbiera mi się na łzy, widzę świat o wiele wyraźniej, jakby ktoś podarował mi dodatkową parę soczewek do moich ułomnych oczu. Wszystko wokół nagle ma o wiele więcej szczegółów i nabiera bardziej soczystych barw.

Jako pięciolatka, zachorowałam na odrę. Wszystkie towarzyszące tej chorobie czerwone plamki skupiły się wokół moich oczu. W domu mama bardzo pilnowała, żeby zasłony były szczelnie zasłonięte, ale i tak, gdy już mogłam wyjść z czterech ścian, świat na zewnątrz okazał się mocno zamazany. Jako dziecko zupełnie się tym nie przejęłam. Zwisałam do góry nogami z rosnącego obok babci domu kasztana, albo biegałam z innymi dziećmi, bawiąc się w czterech pancernych, a okulary spadały mi z nosa, więc zostawiałam je w domu. Przez następnych 10 lat rodzice odwiedzali ze mną wszelkie dostępne gabinety lekarzy okulistów z całkiem dobrym skutkiem. Wzrok nieco się poprawił, a zez stał się prawie niewidoczny.

W szkole słaby wzrok przeszkadzał mi o tyle, że sadzano mnie do pierwszej ławki, w której nie mogłam gadać i rozrabiać, ale na pocieszenie umieszczono tam razem ze mną największego i najprzystojniejszego rozrabiakę w klasie, Davida. Moje szczęście, że czytać i liczyć nauczyłam się już jako czterolatka, bo w klasach 1-3 w żaden sposób nie byłam w stanie skupić uwagi na tablicy.

Później nauczyłam się żyć, nie widząc wszystkiego zbyt wyraźnie i może dlatego nigdy nie interesowały mnie takie szczegóły jak lekko pognieciona bluzka, odrobina piasku na podłodze, czy pajęczyna. Robiąc zakupy w markecie podaję wszystkie produkty mojemu synowi, a ten sprawdza ich daty ważności. Kiedy pani w kasie prosi o o drobne, wyrzucam na dłoń moniaki z portfela, a ona wybiera sobie, co jej pasuje. Gdy się maluję bez powiększającego lustra, nie do końca mogę być pewna, że wyglądam jak kobieta, a nie portret ręki Pablo Picasso. Tak się już do tego stanu rzeczy przyzwyczaiłam, że zupełnie mi to nie przeszkadza.

Jednak od czasu do czasu, kiedy zbiera mi się na płacz, świat staje się wyraźny i pełen szczegółów. Kilka ostatnich lat dało mi sporo powodów do płaczu, a ja, zamiast dać upust żalowi, wstrzymywałam łzy, karmiąc się pięknym dalekowschodnim powiedzeniem: „Suck it up, princess!”. Ostatnio jednak, ogarnięta szałem zmian, trochę niestabilna emocjonalnie i przygotowana do tematu przez kilka sesji szklankoterapii, o której pisałam wcześniej, mam oczy w mokrym miejscu i potrafię rozpłakać się z byle powodu. Płaczę, bo ktoś coś powiedział, albo  czegoś nie powiedział, bo coś mi nie wyszło tak jak chciałam, albo wcale, bo głupia torebka nigdy nie chce mi oddać rzeczy, które do niej wkładam, bo w tłumie ludzi, których mam wokół siebie czuję się czasem bardzo samotna. Chowam się z tym płaczem jak tylko mogę. Przecież łzy dla większości ludzi są jak paplanie o rzeczach zbyt osobistych, nie wiedzą, co z nimi począć, a mają wrażenie, że coś powinni. Poza tym, w moim wykonaniu nie wygląda to pięknie. Nie należę, niestety, do gatunku kobiet, które w naturalny sposób potrafią za pomocą jednej łezki na policzku i lekko wygiętych w podkówkę usteczek zmusić każdego faceta do uległości. Moje łzy płyną wartkim strumieniem, twarz wykrzywia się cała w rozpaczliwym grymasie, a ciałem targa konwulsyjny szloch. Mój płacz jest jak wszystko inne: radość, złość, orgazm, na maksa głośny, gwałtowny, ekspresyjny i przez chwilę wydaje się, że nigdy się nie skończy. Później przychodzi uczucie ulgi i ten rodzaj zmęczenia, który pozwala poddać się i pozwolić, by życie toczyło się swoim torem, bo i tak nie mam na nic wpływu. I to jest ok.