Karp bez galarety, zakalec i ucieczka z raju

Trwały przygotowania do świąt. Nie należę do wybitnych gospodyń domowych, co udowodniłam przypalając postną kapustę, produkując zakalec zamiast babki i wyrzucając makowiec za okno. Udało mi się również zrobić rozpadające się uszka, za słodki barszcz i karpia w zawiesistej zupie zamiast galarety. Piotr obiecał zjeść wszystko, co zrobię, a Paweł zażądał kaszki ryżowej. Na domiar złego kominek zakleił się sadzą i cały dym zamiast przez komin w niebo, wpychał się do domu.

Otworzyliśmy wszystkie okna, Piotr wyjął resztkę kopcących polan z paleniska i zaczął grzebać w środku. Zdjął rurę, kręcił długo szybrem, a potem włożył pogrzebacz do przewodu kominowego. Poszłam do kuchni z mocnym postanowieniem zrobienia jajek w majonezie, jedynej potrawy, której nie da się popsuć. Nie zareagowałam na łomot dobiegający z salonu, bo nie chciałam odrywać się od gotujących jaj. Istniała przecież możliwość, że o nich zapomnę i kiedy wyparuje cała woda, upiekę je w skorupkach. Wyłączyłam gaz, gdy w kuchni zjawił się mężczyzna o posturze Piotra i kolorze mieszkańca Senegalu.

– Cały salon wygląda tak jak ja – oznajmił, a ja usiadłam na podłodze, bo nogi się pode mnę ugięły.

– To nic, mamuś – pocieszało mnie jakieś murzyńskie dziecko, które musiało przyglądać się jeszcze przed chwilą tacie przetykającemu komin. – Zaraz posprzątamy.

Sprzątanie trwało aż do pierwszej gwiazdki, około siódmej udało się podłączyć kominek i rozpalić w nim ogień. O dziewiątej zasiedliśmy do wigilijnej kolacji złożonej z kaszki ryżowej, słodkiego barszczu, jajek w majonezie, karpia wyjętego z rzadkiej galarety i zakalca. Paweł zasnął na prezentach gwiazdkowych, a my zdecydowaliśmy pierwszy i drugi dzień świąt spędzić u rodziców w mieście.

Wróciliśmy do domu po świętach z mocnym postanowieniem wzięcia się w garść. Następnego dnia rano podwórze lśniło wszystkimi znanymi odcieniami śniegu. Właściwie nie było nic prócz niego. Zniknęły schody, droga, wszystkie niskie krzaczki, zniknął cały świat, ale skoro uparliśmy się, że nie będziemy już lamentować, uśmiechnęłam się tylko i powiedziałam:

– Najpierw śniadanie, potem zmartwienia.

Nastawiłam wodę na kawę i odkryłam, że gaz z butli się skończył. Samochód został we wsi, bo przezornie nie chciał poprzedniego dnia podjechać pod górę.

–  I co jeszcze? – jęknęłam.

Broda zaczęła mi drżeć niemądrze, ale Piotr nie pozwolił mi się rozkleić:

– Wezmę butlę na sanki i pojadę wymienić.

Sanki też zniknęły pod śniegiem, więc przywiązał sznurek do butli, posadził na niej Pawła i ruszył do wsi. Obaj wrócili zmęczeni. Całą drogę Piotr ciągnął ciężką butlę pod górę, ślizgał się i zjeżdżał w dół. Musiał poprosić Pawła, żeby część trasy pokonał pieszo, a kiedy dzieciak brnie w metrowej warstwie śniegu, to drogę może obserwować tylko jego kolorowy bąbel na czapce i wszystko jest nagle sto razy bardziej nudne i męczące. Co chwilę Piotr zostawiał gaz, żeby pomóc dziecku, butla osuwała się i wszyscy wracali do punktu wyjścia.

– Czego to człowiek nie zrobi, żeby się napić kawy – mruknął w końcu czerwony i spocony, kiedy znów mieliśmy w domu gaz.

Nie wiedzieć kiedy zrobił się pierwszy stycznia, a my brnęliśmy przez śnieg po pas jak Sybiracy. Mieliśmy na sobie wszystko, co udało nam się wysuszyć przy kominku. Bluzę nałożyłam odwrotnie przez głowę. Jej dolny brzeg udawał kaptur-komin i chronił moje uszy od wiatru. Grubaśne, góralskie skarpety męskie podciągnęłam pod kolana jak getry. Ciągnęłam za sobą na pasku torbę. Nie miałam siły jej nieść. Piotr szedł przede mną, dźwigając najcięższy tobołek. Musieliśmy wszystko to i Ogonka – maleńkiego kotka który przybłąkał się do nas w sylwestra, a my nie mieliśmy serca go wywalić – oraz dziecko zatargać do położonego dwieście metrów dalej samochodu.

Nie byliśmy pewni, czy uda nam się uciec, dalej drogi mogły też być nieprzejezdne, ale trzeba było spróbować. Do sklepu nie dostarczyli towaru już od trzech dni, a my nie należymy do osób, które robią duże zapasy jedzenia. Po wichurach wywaliło prąd i przez cały czas siedzieliśmy przy świecach. Bez prądu nie ma też wody, bo nie chodzi pompa w studni. Dobrze przynajmniej, że udało nam się wykupić cały zapas mineralnej z jedynego we wsi sklepu, bo inaczej musielibyśmy brać wodę z rzeczki, do której odprowadzane są wszystkie okoliczne szamba. Umęczeni dotarliśmy do samochodu, odkopaliśmy go ze śniegu i z prędkością dwadzieścia na godzinę, zawstydzeni i rozżaleni uciekliśmy z naszego ukochanego miejsca na ziemi.