Coo-coo-cachoo, Mrs Robinson

Cholera, zgadzamy się na bycie w byle jak, z byle kim, byle gdzie, na niespełnianie marzeń, na odkładanie życia na później, na mniej niż byśmy pragnęli, na nie do końca to, czego chcemy, na bardziej czyjeś niż nasze, bo nam się wydaje, że tak nam wygodniej. Siedzimy zatem na krześle, które nas w tyłek uwiera, przekonując siebie samych, że jest nam dobrze, no może prawie dobrze. No bo gdyby tak on był lepszym partnerem, gdyby ona była bardziej wyrozumiała, gdyby praca nie pochłaniała całego dnia, gdyby nie była nudna i bez sensu… wtedy już prawie byłoby ok. No i tak w sumie, to nie jest źle, przecież jakoś sobie radzę, przecież da się wytrzymać, przecież inni tak żyją. Chryste! Powiedzmy sobie wreszcie szczerze, tak naprawdę boimy się, że przy próbie przeniesienia zadka na inne miejsce zostaniemy, jak w muzykalnych krzesłach, bez miejsca do siedzenia.

A teraz spróbuj sobie wyobrazić, że podnosisz cztery litery kiedy zaczyna grać muzyka i tanecznym krokiem podążasz w stronę zupełnie innego, nowego krzesła, na którym będzie się inaczej siedziało i widok okaże się zaskakujący. Jakie to ekscytujące i straszne zarazem! Jeśli nawet w tej zabawie na chwilę wylądujesz bez krzesła, to może po prostu usiądź na podłodze i popatrz na życie z innego pułapu.

Do siebie też mówię, żeby nie było. Ostatnio na chwilę zdarzyło mi się spojrzeć na wszystko z lekko odmiennej perspektywy, bo mnie życie, a właściwie koń wysadził z pseudo wygodnego siodła na ziemię i prosto pod swoje kopytka. Ok, przyznaję, przez chwilę było strasznie, ale potem euforycznie, bo w sumie nic się takiego nie stało. W ciągu kilku godzin zdążyłam się dowiedzieć, kto w trudnej sytuacji w ogóle się o mnie martwi (cenna lekcja i dość zaskakująca). Ale też dowiedziałam się, że sama najbardziej przejęłam się koniem, tym, że się wystraszył, że wsadził nogę w wodze i nie mógł wyjąć i tym, że mógł się przewrócić i sobie coś zrobić. I właśnie kiedy to zrozumiałam, przypomniały mi się słowa jakiegoś fejsbukowego niezabardzoznajomego, który napisał do mnie: „You make it sound like nothing about you matters”. Jak cię tak posłuchać, nic co ciebie dotyczy nie jest ważne. Eureka! No i ch… bombki strzelił, bo nie mogę wyskoczyć z tą rewelacją z wanny, ponieważ nie zadbałam o to, żeby sobie rzeczoną wannę zafundować, gdyż sto tysięcy innych rzeczy było dla mnie ważniejsze niż moja potrzeba taplania się w gorącej wodzie z grubą warstwą piany.

Najwyraźniej, pomimo, że z natury jestem raczej odważna i w wielu dziedzinach życia zrezygnowałam z wygodnego fotela, żeby się przesiąść na chybotliwe krzesło nowych doznań i ryzykownych przedsięwzięć, to w niektórych sprawach potrafię być kanapowym pieskiem. Jak już się wbiłam w schemat, że nie jestem dla siebie, nie potrafię z niego wyjść tak na dobre, żeby sprawdzić jak mi będzie gdzie indziej, z innym przekonaniem o tym, kim jestem, z innym sposobem zadbania o swoje potrzeby. Może musiałam zlądować na cztery litery, by sobie uświadomić, że moje życie nie musi już zawsze płynąć dokładnie w stronę, w którą płynie teraz, że kilka krzeseł dalej mogę być równie, albo nawet bardziej szczęśliwa i w zgodzie ze sobą.

Coo-coo-cachoo, Mrs Robinson. Pora coś zmienić.

Życzę wszystkim odwagi w podejmowaniu wyzwań, inicjowaniu zmian i szukaniu nowych perspektyw. Obyście nie musieli w tym celu twardo lądować na ziemi.