Powrót dezerterów. Dziedziczka.

Kalendarz z ociąganiem pokazał nam maj. Na dworze, jak na komendę, zrobiło się ciepło, zielono i olśniewająco kwitnąco. Styczeń i luty były dla nas miesiącami milczenia. Przybici porażką i własnych tchórzostwem nie mieliśmy ochoty rozmawiać o ucieczce z domu. Czuliśmy gdzieś w głębi duszy, że nawet mróz, brak wody i spleśniałe tapety nie są wystarczającym usprawiedliwieniem dla dezercji. Marzec i kwiecień, mimo zmiennej pogody natchnęły nas nadzieją, że niedługo będzie znów ciepło, spakujemy tobołki i jak myszy na wiosnę wyprowadzimy się z domu rodziców Piotra. Pod koniec kwietnia zaczęliśmy układać nasze graty w kartonach.

Samochód powoli toczył się po nierównej drodze, gdy mijaliśmy znak „Piekło Górne 1”. Spojrzeliśmy nieco zawstydzeni.

– Drugie podejście – mamrotałam pod nosem.

– Teraz już na stałe – zapewniał Piotr. – Zrobimy remont, zainstalujemy porządne ogrzewanie i nic nas już nie wygoni z domu.

Wjechaliśmy do wsi. Powitały nas dwa obdrapane popegeerowskie bloki wybudowane tuż przy drodze w latach siedemdziesiątych. Straszyły surową brzydotą i niewielkimi, zaniedbanymi ogródkami pracowniczymi. Dalej przycupnęły stuletnie domki z dachami z omszałej dachówki, za nimi łyse ogródki i wyszczerbione płoty. Starszy pan, jak gipsowy krasnal, nie zważając na chłód siedział na ławce pod pierwszym domem po prawej. Machał do nas ręką i uśmiechał się wesoło.

Wjechaliśmy na kamienny most na rzeczce wezbranej na skutek wiosennych roztopów. Ziemia zaczynała się tu wybrzuszać, a droga niepewnie pięła się w górę. Po śliskich kocich łbach samochód wspinał się do położonej na wzgórzu dawnej siedziby PGR. Aby trafić do głównej bramy musieliśmy objechać całą bazę dookoła. Kamienno-ceglane obory i zdewastowana stodoła nadawały temu miejscu wygląd starej warowni. Brakowało tylko mostu zwodzonego, drewnianej bramy, fosy i smoka.

Dotarliśmy już prawie na miejsce, kiedy z lasu wyjechał mały, zdezelowany traktor z przyczepą pełną drewna. Gdy nas mijał, kierowca łypnął w naszą stronę spod brudnej czapki. Na przyczepie, na stercie gałęzi siedziała pani  Łątowa, stały temat plotek we wsi, alkoholiczka, latawica, matka kilkorga dzieci, które jej niedawno odebrano, bo przymierały głodem. Uśmiechała się szeroko pokazując jeden ząb, służący zapewne do otwierania konserw.

– Witamy w domu – krzyknęła wesoło.

Kiwnęłam głową w jej stronę i wyobraziłam siebie za dziesięć lat, jak jadę na przyczepie z drewnem na opał, Piotrek w brudnej czapce prowadzi traktor. Znów ogarnął mnie strach.

Lokatorzy na nasz widok stanęli jak marmurowe kolumny na ganku. Z rozczarowanymi minami pozbywali się z serc nadziei, że wynieśliśmy się z ich domu na dobre i już nigdy nie wrócimy. Oni sami mieli się świetnie. Przetrwali zimę bez szwanku. Mróz i wilgoć to dla nich nie pierwszyzna. Teraz patrzyli na nas z wyższością bohaterów, którzy pozostali na placu boju, podczas gdy my zdezerterowaliśmy i okryliśmy się hańbą. Odnieśli moralne zwycięstwo i dawali nam odczuć, że dom należy się im, ponieważ to oni potrafią w nim przetrwać.

Następnego dnia z pogardą obserwowali jak sprzątamy śmieci wokół domu, garbimy liście i kosimy trawę.

– Kiedyś to dzieci ze szkoły przychodziły w czynie społecznym grabić – zagadnęła Wilczakowa, starsza pani z pokoju z kuchnią na parterze, widząc, jak męczę się, wyczesując z trawnika zeszłoroczne, zbutwiałe liście. – Czy to warto tak sprzątać? Tu ludzie przez park do lasu chodzą. I tak nabałaganią.

– Jutro postawimy furtkę na wejściu do parku. Będą chodzili dookoła.

– A my, którędy wejdziemy, jak zagrodzicie? – zaniepokoiła się.

– Nie stawiamy płotu, tylko furtkę, ale obcy, mam nadzieję, to uszanują i przestaną tędy chodzić – wyjaśniłam zagłuszana warkotem silnika.

Na podwórze wjechał ciągnik z przyczepą. Ktoś znów jechał do lasu po drewno, oczywiście, przez nasze podwórze. Pomachałam do kierowcy, żeby się zatrzymał.

– Proszę tędy nie jeździć do lasu – przekrzykiwałam hałaśliwy traktor.

– A bo co? – odkrzyknął traktorzysta.

– Bo to nie jest droga do lasu, tylko przez moje podwórko. Droga gminna jest tam – wskazałam palcem odległą, brukowana nitkę wijącą się wśród drzew.

– Pani, ja tędy dwadzieścia lat do lasu po drewno jeździłem!

– I wystarczy. Teraz to własność prywatna – rzuciłam stanowczo.

– Prywatna, srywatna – mruknął pod nosem i spojrzał na stojącą na ganku Wilczakową.

Na głowie miała poliestrową chustkę, a na nogach ciemne walonki. Wyglądała swojsko, więc odezwał się do niej: – Widzi pani, co to się porobiło? Wszystko teraz prywatne. A dla człowieka to już miejsca nie ma. A pani też tu mieszka?

Kobieta pojaśniała z radości. Nareszcie ktoś narzekał na to samo, co ona.

– Póki mnie dziedziczka nie wyrzuci – odparła i skinęła głową w moją stronę.

– Dziedziczka? – Zamyślił się i odezwał po chwili: – Co to się z tym światem porobiło, żeby człowiek mógł sobie kupić cały PGR? Jak tak dalej pójdzie, to moje dzieciaki przyjdą tu do nich na służbę.

Starsza pani pokiwała ze zrozumieniem głową, a mężczyzna zatrzasnął drzwi traktora i odjechał.