Wnyki i tańczący jamnik

Gdy Piotrowi o mało na głowę nie spadła cegła i to od strony dachu, gdzie komin trzyma się jeszcze całkiem dzielnie, doszliśmy do wniosku, że miał szczęście i że trzeba będzie wejść na dach, żeby sprawdzić, co tam się obsypuje. Kiedy jednak podczas pracy w ogrodzie usłyszałam świst koło ucha i zobaczyłam kamień spadający tuż obok mnie, zaczęłam się uważnie rozglądać i podejrzewać braci Bobrowskich.

Ben Bobrowski często obserwował mnie z okna, a jego bracia przychodzili do niego coraz częściej, a nie tylko w niedzielę, żeby pędzić i bezustannie degustować domowy bimber. Jeden z nich, chyba Franek był poszukiwany listem gończym za ucieczkę z więzienia, co oznacza tylko tyle, że nie wrócił z przepustki, której mu tam udzielono. To właśnie dzięki Frankowi dowiedziałam się, że więźniowie miewają przepustki i mogą wychodzić z więzienia, jakby byli w wojsku, albo poprawczaku. Franek siedział sobie spokojnie w domu, a policja za nic go znaleźć nie mogła, bo szukała wszędzie tylko nie tam, gdzie był zameldowany. Franek siedział za napad i rabunek. Ciekawe, czy seryjnych morderców i gwałcicieli też wypuszczają na wakacje?

– Wiesz co, Bobrowscy cały dzień mnie dziś śledzili – powiedziałam, zdejmując rękawice do pielenia.

– Masz obsesję – skwitował Piotr i postawił na stole przede mną kubek z kawą.

– Serio, oni coś knują.

– Przesadzasz.

– Owszem, dziś nawet sporo, w ogrodzie, ale nie w tej sprawie. Mówię ci, Piotr, że coś się święci. Wiesz, że mam nosa do takich spraw.

– Dobra, przyjrzę im się – zakończył (tak mu się przynajmniej wydawało) temat.

Kilka dni później nie był już taki pewien, że coś sobie wymyśliłam.

– O mały włos nie wpadłem w sidła na strychu – zwrócił się do mnie roztrzęsiony, kiedy wrócił z inspekcji dziur w dachu. W ręku trzymał żelazne szczęki, sądząc po rozmiarach przeznaczone do łapania niedźwiedzi, albo King Konga.

– Cholera, trzeba coś z tym zrobić. Teraz już trochę przesadzili – odezwałam się.

Niedługo po naszym telefonie, na podwórze wjechał policyjny samochód z gminnego posterunku. Wysiadł z niego młody rudy mężczyzna w mundurze. Twarz miał różową, oczy wesołe i zachowywał się bardzo poufale.

– Pani Iwono – zwrócił się do mnie po obejrzeniu łapki na myszy giganty. – Nawet jeśli pani to zgłosi, i tak nigdy nie udowodnimy, że te sidła należą do Bobrowskich. Sami musicie państwo coś z tym zrobić.

– Ale co? – Piotr nie mógł uwierzyć własnym uszom. Bobrowscy chcieli pozbawić go nogi, a policja nic im za to nie zrobi.

– Trzeba ich trochę postraszyć – wyjaśnił ryży.

– Jak na razie to oni postraszyli nas – skwitowałam.

 

Potem już była niedziela, dzień, w którym nasi kłusownicy idą w czystych koszulach do kościoła, a potem zamykają się w altanie w parku i konsumują bimber własnej produkcji. Tego dnia nic nam nie groziło. Dziewiąta rano, słoneczny, ciepły letni dzień, drzwi sypialni uchylone, a pod moją kołdrą coś poruszało się nerwowo. Przestraszona cofnęłam stopy i w odpowiedzi usłyszałam warknięcie.

– Piotrek – wrzasnęłam, a on poderwał się niezdarnie, usiadł na łóżku nieco oszołomiony i przetarł oczy.

– Co się dzieje?

– Tam coś sterczy pod kołdrą – szepnęłam ostrożnie.

– Nad ranem to całkiem normalne u mężczyzny, kochanie – zachichotał sprośnie i dodał: – Jak mnie będziesz budzić z takim wrzaskiem, to przestanie.

– Nie pod twoją kołdrą, tylko pod moją i to wcale nie jest śmieszne. Poza tym, to coś warczy.

Piotrek w końcu odzyskał przytomność i tym razem przyjrzał się uważnie pościeli. Ze zdumieniem skonstatował, że w miejscu, gdzie zwykle leżą moje stopy, coś podskakuje. Chwycił rąbek i zaczął ciągnąć w swoją stronę. Po chwili odkrył bardzo niezadowolonego jamnika szorstkowłosego.

– To dość dziwny sposób przedstawiania mi nowej przybłędy – mruknął Piotr. – Skąd go wzięłaś?

– Właśnie chciałam zapytać cię o to samo – skwitowałam.

Spojrzeliśmy po sobie. Jamnik wstał z ociąganiem i dopiero teraz zauważyliśmy, że jego tylna połówka podskakuje w tanecznym rytmie zupełnie niezależnie od przodu psa i pomimo braku akompaniamentu muzycznego.

Niewiele się zastanawiając, nakarmiliśmy roztańczonego gościa i postanowiliśmy po śniadaniu jechać z nim do lecznicy.

– Aleks – zawołał rozbawiony weterynarz na widok naszej znajdy. – To pies znajomego myśliwego – wyjaśnił, spostrzegłszy nasze zdziwienie. – Zaraz do niego zadzwonię. Pewnie znów mu się zgubił. Z tym psem powinien na polowania zabierać kanapę.

Szczęśliwy właściciel, nieco zaspany po całonocnym włóczeniu się po lesie w poszukiwaniu swojego wiernego przyjaciela pojawił się po kwadransie i zaprosił nas na kawę. W miejscowej (jedynej w okolicy) restauracji, z wczesnogierkowskim wystrojem, na środku sali ciurkała niewielka, kamienna fontanna. Uśmiechnięta kelnerka postawiła przed nami filiżanki o pojemności nocników.

– Aleks miał wypadek – zaczął pan Krzysztof. – Dzik przetrącił mu kręgosłup. Może chodzić, nawet biegać, ale tylna cześć ciała dziwnie drga. – Pogłaskał jamnika, który, od momentu, gdy go poznaliśmy bez przerwy tańczył salsę zadnią połowa ciała. Z chwilą przybycia właściciela, zaczął traktować nas jak intruzów i teraz nie patrzył nawet w naszą stronę. – Uwielbia jeździć ze mną na polowania, ale kiedy się zmęczy, biegnie do najbliższego domu i jeśli drzwi są otwarte, pakuje się na kanapę i śpi.

– My znaleźliśmy go pod kołdrą – wyjaśniłam.

– Dziękuję za zwrot psa. Chociaż raz nie musiałem go szukać trzy dni – powiedział pan Krzysztof. – Następnym razem po prostu po mnie zadzwońcie. Tutaj jest mój numer – rzekł i wręczył mi wizytówkę.

 

Niespełna tydzień później szłam wolno w stronę obory, gdy nagle usłyszałam trzask i już nie szłam. Zobaczyłam fasadę domu i zrozumiałam, że nie tylko nie idę, ale na dodatek w przeciwną stronę i do góry nogami. Czułam za to, że coś silnie zaciska się na mojej łydce, a potem zsuwa w dół, ocierając skórę. Zaraz, zaraz, skoro jestem do góry nogami, to coś chyba zsuwa się w górę, przyszło mi do głowy. Ale dlaczego wiszę głową w dół? Wiszę było tu słowem kluczem. Naprężyłam słabe mięśnie brzucha, podciągnęłam się nieco i ujrzałam owinięty wokół kostki sznurek. Cholerni Bobrowscy, zaklęłam w duchu, życząc im wszystkiego najgorszego, co może człowieka w życiu spotkać, a potem przypomniałam sobie, że wiele z tego już na nich spadło.

Wisiałam wysoko nad ziemią. Pułapka została najprawdopodobniej policzona na Piotra i gdyby on się w nią złapał, dyndałby pewnie jakieś pół metra nad ziemią.

– Jezu Chryste – jęknął, kiedy mnie zobaczył.

– On przynajmniej nie wisiał do góry nogami burknęłam niezadowolona. – Zdejmij mnie.

Pobiegł do samochodu, wrócił ze scyzorykiem i miną mściciela z hollywoodzkich filmów. Był blady, spocony i roztrzęsiony. Co innego, kiedy ktoś próbuje mu odgryźć nogę żelaznymi szczękami, ale gdy wiesza jego żonę do góry nogami, to już nie przelewki. Przyciągnął mnie do siebie i przeciął linę. Oboje wylądowaliśmy w pokrzywach i przez chwilę patrzyliśmy na majtającą się jak metronom młodą akację, do której przywiązano sznurek. Wybijała wagnerowski rytm Walkirii kotłujący się w głowie Piotra.

– Teraz moja kolej – odezwał.

Oprócz pieczenia bąbli ofiarowanych mi przez pokrzywy czułam przez skórę, że Misiek tym razem im tego nie daruje.