Spotkanie z koniem

Niektórzy z moich znajomych koniarzy uważają, że warsztaty w asyście koni dla koniarza nie mają żadnego zastosowania.

– No przecież konno jeżdżę 20 lat i te wszystkie twoje ćwiczenia z ziemi zrobię z koniem bez mrugnięcia okiem.

Hmmm. Po pierwsze, niekoniecznie, bo widziałam już znanego „zaklinacza”, który podczas warsztatów w asyście koni nie był w stanie ruszyć konia, bo nie pozwolono mu użyć siły i tak zwanych „pomocy”. Po drugie, nie o technikę tu chodzi, bo w czasie zajęć nawet wyszkolony koń robi to, co mu w danym momencie jego końska natura podpowiada. Po trzecie, nie o zadania tu chodzi, tylko o to, jakie uczucia nam towarzyszą przy wykonywaniu tychże zadań. Zawsze jakieś towarzyszą, tylko nie zawsze umiemy i chcemy się z nimi spotkać.

Czasem słyszę po skończonym zadaniu:

– Taki miły ten konik, wszystko zrobił grzecznie. Nie miałam żadnych problemów. Nie, nic nie czułam. Ale, że jak to, nie wykonałam zadania?! Nie to nie jest tylko pytanie, czy wykonałam. To brzmi jak oskarżenie, że specjalnie ominęłam tę przeszkodę, bo wiedziałam, że mi się tego nie uda zrobić. No jak to, czy tak było faktycznie? No tak, było. Bo ja zawsze tak robię. Na pokaz. Ma dobrze wyglądać. Jak już widzę z góry, że się nie uda, to się próbuję jakoś tak wokół tego zakręcić, żebym się nie musiała z tym zmierzyć. Przynajmniej publicznie. NO JAK TO DLACZEGO? Czy to nie oczywiste? Bo ktoś pomyśli, że nie jestem taka zajebista jaką udaję.

I tu, po czwarte, wchodzi następny aspekt, który sprawia, że podczas zajęć jest potrzebna taka osoba jak ja. Oprócz zadania właściwego pytania, we właściwym czasie, jestem po to, by wysłuchać tego, co w danej chwili musi zastać zwerbalizowane. Jakoś to tak z nami jest, że kiedy komuś zaufasz i coś powiesz, to sam to zrozumiesz. Jak by bez podzielenia się tą informacją człowiek nie mógł jej przyswoić i czegoś się z tego doświadczenia nauczyć.

Nie próbuję tu nikogo namawiać na zajęcia z końmi, jeśli nie jest  na nie gotów. Nie ważne, czy jest koniarzem, czy nigdy konia z bliska nie wąchał. Jeśli jest gotów na pracę nad sobą, to i tak przyjdzie, czasem nawet „przypadkiem”, bo nie wiedział na czym to ma polegać. A jeśli nie jest, to albo będzie się ze mną o wszystko kłócił (że dobrze wykonał zadanie, że ja konia tak przygotowałam, że tego się nie da zrobić, że koń się popsuł, albo że ja przez cały czas na niego patrzę i go to rozprasza), albo się zatnie i nic nie powie i stwierdzi, że koniecznie musi do ubikacji.

Z mojego doświadczenia wynika jednak, że jeśli już ktoś się u mnie na zajęciach pojawi, to nawet jeśli jeszcze nie był gotów na to, co miało się wydarzyć, to kiedy po pewnym czasie już sobie to przetrawi i uzna, że nadszedł właściwy moment, wróci i zacznie od nowa bez cienia wątpliwości.

Każdy z nas jest inny, ale koniom to nie przeszkadza. Działają jak wytrych na wszystkich.