Noworoczne postanowienia

To nie był niezwykły rok pełen szalonych pomysłów, niesamowitych zmian i masakrycznie ciężkiej pracy. Takie srutu tu tu, pęczek drutu czytam czasem w postach na FB lub jakimś blogu i nawet nie zastanawiam się nad ich zasadnością. Na zdjęciu zrobionym telefonem dwoje ludzi siedzi na ławeczce na jakiejś promenadzie, a napis pod spodem głosi: „wyjazdowego szaleństwa część druga”. Co to za szaleństwo, skoro pojechaliście sobie na spokojniutką wycieczkę last minute z przewodnikiem, i to nawet nie do któregoś z zagrożonych terroryzmem krajów? No, ok, może dla was było. Tak naprawdę jednej osobie na milion zdarzyło się coś „szalonego” w 2016 roku, a słowo „niesamowite” w języku polskim jest ostatnio równie mocno nadużywane co „awesome” i „amazing” w angielskim. Za to”masakra” to już naprawdę jest wszędzie.

– No masakra, po prostu, but mi spadł i skarpetkę sobie pobrudziłam.

Faktycznie masakra. Krew sika z tej skarpetki na dwa metry w górę, a  wszędzie dokoła walają się rozbryzgane palce. Sama mam tendencję do przesady, więc do siebie też mówię głośno: Jakiego słowa użyjesz, gdy coś napradę będzie niesamowite albo szalone, albo masakryczne?

Wiem, wiem, kumam, że każdy chce być postrzegany, zwłaszcza w mediach społecznościowych jako człowiek o niezwykłej osobowości,  bogaty w przedmioty i ciekawe doświadczenia. Może dla kogoś wycieczka do Turcji w tych czasach to jak dla Wojciechowskiej zdobycie Everestu. a może zwyczajnie czepiam się słówek i niech sobie każdy widzi dane wydarzenie tak wysoko na swojej skali zajebistości jak chce.

Mój rok był pracowity, przyjęłam na świat i odchowałam 10 źrebaków, zainwestowałam trochę w gospodarstwo, rozpoczęłam kilka nowych wątków rolniczo-biznesowych, pokończyłam lub zaczęłam proces zamykania innych. Część pracy skupiała się na mnie i moim sposobie patrzenia na życie i postrzegania siebie. Sporo się zmieniło i to głównie w sferze mojej świadomości. Tłukłam się ze swoim ego i to zupełnie niepotrzebnie. Biłam się ze strachem, zamiast mu pozwolić zniknąć. Próbowałam odejść od ludzi, którym sama siedziałam na kolanach. Jak już mnie to wszystko bardzo zmęczyło, poddałam się i większość tych pierdół sama się powyjaśniała, rozlazła i unicestwiła. Czuję się lżejsza na ciele i na duchu. Uwolniłam się od kilku kilogramów, przesądów, schematów i uzależnień, które do mnie już nie pasują i nie są mi potrzebne. Na przyszły rok, dla ułatwienia,  zostawiłam sobie gotowe odpowiedzi na kilka pytań:

  1. Co sadzą o mnie inni? – To ich prywatna sprawa i nie powinno mnie to obchodzić.
  2. Co było? – Już nie jest i raczej nie będzie, przynajmniej nie w tej samej formie.
  3. Co będzie? – Zajmę się tym jeśli będzie, bo może nigdy nie nastąpi i szkoda sobie tym teraz głowę zawracać.
  4. A jeśli inne okaże się gorsze? – To znów się zmieni, albo ja je zmienię na lepsze.
  5. Co jeśli nie jestem wystarczająco wartościowa? – Jeśli nie będę dość dobra dla kogoś, to niech sobie szuka kogoś lepszego. Dla siebie jestem tak zajebista, jak tylko potrafię i chcę. Jeśli ktoś w tej uroczej kolekcji zalet pracowicie wyszukuje jakichś wad, to chyba pora skierować wzrok gdzie indziej. Może na siebie?

Te pytania, a właściwie te odpowiedzi będą moimi noworocznymi postanowieniami na rok 2017. Hmm… Znów mnie czeka sporo pracy. Dlatego jeszcze jedno postanowienie dodałam: za taką ciężką pracę mam zamiar nagradzać się raz w miesiącu szpilkami, sukienkami, perfumami, torebkami i innymi babskimi zbytkami, które zawołają do mnie z półki sklepowej: „Hello, a ja dla ciebie taka piękna tu sobie stoję”. Trzymajcie kciuki. Ja za was też będę trzymać.