Przez gówno do wyjścia

Siedzę wieczorem w swoim bocianim gnieździe na poddaszu, skąd w ciągu dnia widać całe podwórze, a przynajmniej jego ważniejszą część, czyli stajnię i kawałek pastwiska. Teraz nic nie widać, prócz światła nad wrotami do stajni i powykręcanych gałęzi dębu. Zmęczona głupawy dniem, fochami ludzi, potrzebami koni, upierdliwością mrozu oraz reżimem diety postanawiam obejrzeć niezbyt mądry film. O nie, nie głupi, sprytny, ale nie dający za wiele do myślenia. Sięgam po „Now You See Me 2” Gdzieniegdzie mój ulubiony Morgan Freeman, sporo Marka Ruffalo, totalnie do zjedzenia łyżką. Moje znajome twierdzą, że mam dziwaczne upodobania jeśli chodzi mężczyzn, ale dzięki temu z każdą z nich mogę się przyjaźnić, bo nigdy nie podobają nam się ci sami faceci. Poza tym, siedzę we własnym domu, oglądam film i plotę siatkę na siano, więc wara wszystkim od tego, kto mnie kręci.

No dobra, ale co w tym filmie? Jedno zdanie wypowiedziane seksownym głosem Morgana Freemana rujnuje cały misterny plan niemyślenia o niczym: When Dorothy ended up in Oz Land she realized that the only way out was through. W wolnym tłumaczeniu: Jedyna droga wyjścia jest przez środek. Gówno, dupa, cycki, chuj, pomyślałam. Skoro już jestem taka utopiona we własnym g…, z odczuciami, których czasem nie rozumiem, a czasem nie chcę, skoro dzieje się coś, z czym nie umiem sobie poradzić i wiele po prostu nie zależy ode mnie, to jak ja mam się z tego właściwie wydostać? Co to właściwie ma znaczyć „through”? Skąd mam wiedzieć, czy nie kręcę się w kółko, czy idę we właściwą stronę i czy nie okaże się, że wyjdę do czegoś jeszcze gorszego? A tak właściwie, to dlaczego nie mogę stuknąć obcasami od razu i znaleźć się z powrotem w Kansas?

Oj ty, mądralo! A może by tak urodzić się, a potem od razu trafić do nieba? I co niby za doświadczenia wyniesiesz z tego życia? Czego się w ten sposób nauczysz? No tak, ale właściwie czego mam się nauczyć wiecznie brnąc w bagnie trudności? A na przykład tego, żeby się nie szarpać, tylko spokojnie poczekać, bo sprawy mają tendencję do samo-rozwiązywania się. Tego, żeby chwytać pomocny patyk wtedy kiedy się go widzi przed nosem, a nie obnosić się z niezależnością i wszechogarnianiem. Może warto zrozumieć, że nie zawsze muszę mieć rację, nawet jak nie man racji tylko po to, żeby moje było na wierzchu, bo wtedy ktoś inny czuje się niedoceniany. Może lepiej brnąć przez trudności ramię w ramię z kimś, kto idzie w tę samą stronę i trzyma mnie za rękę, a nie ciągnąć za sobą kogoś opornego, komu wcale się nie chce. Czasem warto rozumieć, że ktoś, kto okłada mnie kijem po plecach, albo się na mnie wydziera nie robi tego po to, żeby mi utrudnić życie, tylko, żeby jakoś dotarło do mnie, że utknęłam w miejscu i warto go posłuchać, bo ma w danej chwili lepszą widoczność i trafniej potrafi ocenić sytuację. Że inna osoba, na której pomoc czekam może nigdy się nie zdarzyć, więc łatwiej będzie pomóc sobie samej. No i to, że nie warto oglądać się za siebie, bo ta lekcja jest już za mną i nauka została w głowie. Trzeba ją tylko zasymilować. Na dodatek to, że wszystkie uczucia: szczęście, radość, ulga, nadzieja, rozczarowanie, żal smutek, poczucie odrzucenia są przemijające więc warto się cieszyć tymi dobrymi i zwyczajnie odczuć te złe, żeby mogły sobie pójść.