Gumka od majtek i smoczyca

Mam ciekawą samoobserwację z ostatnich tygodni. Może się wam wszystkim przydać, więc się nią podzielę.

Otóż, kiedy mam sporo na głowie, pojawia się u mnie tendencja do mówienia „tak” na wszystko, trochę dla świętego spokoju, a trochę dlatego, że skoro moja głowa jest nieco gdzie indziej, niż powinna, czyli w czarnej dupie, to powiedzenie „tak” pozwala mi uniknąć długaśnych dyskusji na mało ważne tematy. Tylko że wtedy mało ważne tematy zaczynają z coraz większą upierdliwością naciągać moją cierpliwość do granic wytrzymałości i w końcu… trach! Gumka od majtek pęka, przewracając po drodze wszystko, co ją ponaciągało, a nawet wytrącając z równowagi kilka Bogu ducha winnych osób i rzeczy. Na moje szczęście kto mnie zna wie, że zianie ogniem nie trwa długo i za chwilę, godzinę, najdłużej dzień, będzie można racjonalnie o tym ze mną porozmawiać i jakoś wyjaśnić co dokładnie autorka miała na myśli drąc się jak poparzona na całe gospodarstwo i kilka okolicznych wiosek.

Po kolejnym ciskaniu się i rzucaniu gromami, postanowiłam, że sytuacje, w których „tak” rzucam dla świętego spokoju powinnam ograniczyć do niezbędnego minimum, a właściwie zlikwidować, poświęcając dorosłym, tak jak dzieciom maksimum mojej uwagi w danym momencie. Przecież jestem w stanie zastanowić się przez chwilę, przeanalizować sytuację, powiedzieć tak lub nie i nie wracać już nigdy do tematu. W najgorszym wypadku mogę zawsze rzucić: „Mmmm… zastanowię się.” Jeśli komuś zależy, wróci ochoczo do tematu za czas jakiś, a jeśli nie, samo się rozwiąże.

A co z osobami, które wcale mnie nie pytają o zdanie, tylko sobie robią, co im się podoba i po fakcie, czyli, kiedy zaczynam przegryzać gardła, tylko głupio się tłumaczą? Zastanawiałam się skąd się to bierze i doszłam do wniosku, że dokładnie z tego, o czym napisałam powyżej: z rzucania szybkiego „tak” na odczepnego, Jeśli ktoś ciągle na wszystko się zgadza, to po co go o cokolwiek pytać? Przecież i tak się zgodzi. Gdybym zatem zawsze mówiła na odczepnego „nie i koniec”, to pewnie również nikt o nic by nie nie pytał i nie prosił. Bo i po co? Tylko czy to dobre wyjście? Chyba nie. Spora część komunikacji międzyludzkiej polega na tym, że się czegoś od siebie nawzajem chce, potrzebuje, oczekuje. Jeśli to prawda, to ja też tak mam w stosunku do innych. Trudno mówić ciągle „nie”, a dla siebie oczekiwać „tak”. Choć powiem wam, że w drugą stronę jakoś to działa całkiem inaczej. Zupełnie na luziku powie mi „nie” ktoś, komu dupę uratowałam, mówiąc „tak”, gdy było mu to bardzo potrzebne. Ale to już inna bajka. Tu nie mam niczego do naprawiania, bo pomoc w oczekiwaniu na wzajemność do transakcja, a nie przysługa.

I jeszcze jeden kejs, czyli ludki, które sobie i tak niczego nie biorą do głowy, niezależnie od tego, czy masz tendencję do potakiwania, czy zaprzeczania. Tacy robią to, co im w danej chwili zaświta w głowie. Nikim i niczym się nie przejmują. Rozczulające nawet jest ich przekonanie, że jeśli coś jest dobre dla nich, to jest dobre dla wszystkich. No i co pan zrobisz? Nic pan nie zrobisz.