Czego pragną mężczyźni?

Podczas gapiowania w necie, często trafiam na artykuły, które mają mnie zachęcić do wejścia na jakąś stronę i przeczytania popierdułka z mnóstwem reklam lub pseudo artykułu namawiającego do zapisania się do newslettera. Takie powszechne formy marketingu. Wszędzie ich pełno. „Kiedy zdjął czapkę, oczom gapiów ukazała się zaskakująca prawda”, albo „Wyleczył grzybicę stóp za pomocą tego prostego tricku”, albo „Pobierz darmowego e-booka o tym jak inwestować w krasnale i zarobić miliony”. Zwykle nawet nie rejestruję świadomym umysłem takich rewelacji, ale wczoraj trafiłam na reklamę w formie pytania:

„Czego pragną mężczyźni?”

Pierwsze, co mi przyszło do głowy: A kogo to, do diaska obchodzi? No tak na logikę, czy mnie samej potrzebna jest informacja, czego pragnie połowa ludzkości? Czy mnie w ogóle interesuje aż 3 miliardy ludzi? Czy mi tylu facetów jest do szczęścia potrzebnych? Raczej nie. Przydałby się jeden. Na dodatek, jeśli ja nie jestem tym, czego ten jeden pragnie do szaleństwa, to do czego on ma mi służyć? Może do psucia nastroju, obniżania poczucia wartości i samobiczowania się. I skąd ja niby mam wiedzieć, że ten jeden to własnie ten? Chyba musiałby mu zimą motyl na czole usiąść. W naszym klimacie, oczywiście. Ten jeden jest tym właściwym  na dany moment, a kiedy nasze drogi się rozejdą, to, jako że Wszechświat nie zostawia pustego miejsca, jak tylko odpuszczę przywiązanie emocjonalno-myślowe do tego, którego już nie ma, szybkim krokiem na scenę mojego życia wkroczy następny. No bo jeśli ten, który wydaje mi się tym jedynym nie kocha mnie dokładnie takiej, jaka w tej chwili jestem, to kij mu w oko i niech sobie gdzie indziej szuka tego, czego mu potrzeba, a u mnie nie znalazł.  Na pewno nie mam zamiaru dla niego zmieniać się ani o jotę i jemu pozwolić zmanipulować siebie tak, bym bardziej odpowiadała jego pragnieniom… albo kompleksom. Jeśli facet ma poczucie, że do mnie nie dorósł, to przecież nie obetnę sobie nóg do kolan, ani głowy, żeby nie miał kompleksu niższości. Albo dorośnie, albo zrozumie, że może sobie być jaki jest, a mi to odpowiada, skoro z nim jestem.

… no bo taka stanowcza postawa ma swoje zalety. Ja nie zamierzam zmieniać się dla nikogo, ale nie oczekuję, że ktoś zmieni się dla mnie. Dla siebie, jeśli ma ochotę, czas i dość silnej woli, nie ma sprawy, ale nie spodziewam się, wręcz nawet nie chcę, żeby ktoś zmieniał się dla mnie. Albo mi odpowiada, albo nie. Kropka.

My, kobiety najczęściej padamy ofiarą bajki o dwóch połówkach pomarańczy. Od dziecka wbija nam się w głowę, że kiedy znajdziemy swoją druga połówkę, na wieki wieków już będziemy szczęśliwe. No, ale skoro już to ma być ten który będzie połową nas, to musi być idealny. Musi zarabiać, mieć wykształcenie, jakoś porządnie się ubierać, zachowywać. Dobrze żeby był przystojny, dowcipny, szarmancki i tak dalej w nieskończoność. Jeśli nie do końca wszystko nam pasuje, to musimy tego puzzla trochę ponacinać i wcisnąć w nasze wyobrażenie. A jeśli my nie jesteśmy ideałami? No heloł! Po pierwsze idziemy w zaparte, wstajemy wcześniej, żeby się umalować zanim on zwlecze się z wyrka i śmiejemy z dowcipów, których nie rozumiemy, żeby nie wyjść na idiotkę. Nie daj Boże, żeby nam na imprezie spodnie pękły w kroku. Przecież nie możemy się przed nim ośmieszyć. Toż to nasza druga połówka, więc on musi idealnie pasować do naszego wyobrażenia. No nie, nie nas, tylko wyobrażenia o tym, kim chcemy być. Trochę jak byśmy kupowały dziecku ubranie na wyrost. On musi być idealny, a ja się później jakoś dopasuję. A skoro już jest idealny, to teraz on jest odpowiedzialny za moje szczęście i wszystko, co zrobi ma swoje konsekwencje, a moje życie zależy od tego, jak on się zachowuje.

Trzeba albo czytać w dzieciństwie zupełnie inne bajki niż reszta dziewcząt, albo trochę przeżyć, żeby się zorientować, że nie jest się żadną połówką, która mogłaby pasować tylko do jednej osoby. Na ogół dopiero doroślejąc zaczynamy rozumieć, że jesteśmy całością i że ta całość nie musi mieć wcale doskonale okrągłego kształtu pomarańczy. Może mieć mnóstwo wad, a i tak dla kogoś będzie w sam raz, bo tak ludziom miłość robi na postrzeganie. Nie oślepia, ale sprawia, że chcemy widzieć wszystkie zalety i się nimi zachwycać. Chcemy widzieć też wady i się nad nimi rozczulać.

I czego pragną mężczyźni? Ale tak na samym dnie, pod warstwą głupot, potrzeb fizjologicznych i pozorów? Nie wiem na pewno, ale wydaje mi się, że tego samego, co kobiety: miłości i akceptacji. Bezwarunkowej.