Damskie cojones

Albo wszystko wokół, albo ja sama narzucam sobie pewien określony model kobiecości rodem z warsztatów siostrzanej magii i tańca. Że niby kobieta w moim wieku powinna być spokojna, rozsądna, naturalna, owszem, dbać o siebie, ale tak, żeby nie było widać tego wysiłku, mądra, opanowana, wyciszona i pokazywać swoją „dziką” naturę tylko w ścisłym gronie kobiet, gdzie wszystkie panie czują się swobodnie opowiadając sobie o tym, co do nich mówią ich waginy (serio, serio).

Tylko, że dla mnie to zupełnie niewłaściwa bajka. Moja wagina nadaje w kółko o tym samym, a namaszczanie się nawzajem olejkami i pisanie sobie po ciele zupełnie do mnie nie przemawia, chyba, że mano, a mano, a właściwie mano a womano. Umieram z nudów na samą myśl, że mogłabym pleść wianki, albo opowiadać umoralniające historie o kobietach z darem do odczytywania chorób z cudzych stóp. Nie chcę w atmosferze uduchowionych pląsów udawać, że kobiety nie konkurują ze sobą o względy mężczyzn, że „siostrzana miłość” jest ważniejsza niż znalezienie sobie kogoś do kochania. Ja raczej wydrapałabym oczy pindzie, która spróbowałaby zakręcić się wokół mojego faceta.

Pewnie bym chciała umieć wysłuchać przyjaciółkę i zareagować tylko spokojnymi: „Oooo”, „To przykre”, „Musi być ci z tym ciężko”. Ale ja zamiast tego ryknę: „Obudź się wreszcie! Jak się facet nie odezwał, to znaczy, że ma cię w dupie, a nie jest nieśmiały, albo go bolą kalosze! Jak facetowi zależy, to piruet na fiucie wykręci, ale znajdzie sposób, żeby się z tobą spotkać. To kwestia priorytetów” Ale kiedy tej przyjaciółce facet krzywdę zrobi to wolałabym mu najpierw kopa w krocze sprzedać, a dopiero potem siedzieć i płakać razem z nią.

Jak każda kobieta, żeby coś przerobić w głowie muszę to zwerbalizować, czyli zagdakać na śmierć najbliższą kobietę, którą uda mi się unieruchomić za pomocą kubka z kawą. Jak każda kobieta płaczę, gdy czuję bezradność lub kiedy hormony w odpowiedniej fazie księżyca płatają mi psikusy. Tylko czasem, kiedy płacz nie wystarczy, albo mi się nie komponuje, zamiast szlochać przegryzam gardła. Jak każda kobieta (nie uzależniona od alkoholu) nie umiem normalnie otworzyć butelki z procentowym trunkiem, upijam się niewielką ilością alkoholu, parkuję na dwóch miejscach na raz, a kiedy cofam, budynek wyskakuje znienacka i atakuje samochód.

Czy mniej jestem kobietą przez to, że używam męskiego języka przemocy? Czy to, że czasem klnę i się wydzieram czyni ze mnie automatycznie wulgarną krowę? Przecież to trwa jedynie chwilę, a potem znów jestem uroczą, łagodną jak owieczka, ciepłą i elokwentną mną. Czy kobieta nie może chcieć tak kogoś walnąć w łeb, że mu się tonsura pieczołowicie ukrywana pod pożyczkami z rachitycznych włosów z tyłu głowy na przód przesunie? Czy mam w sobie za dużo męskiej agresji? Nie wiem, czy dużo, czy mało, ale jak już się pojawi złość, to mam ochotę mordować a nie medytować, czy też pozwolić sobie poprzebywać w tej złości póki sama nie minie.

To może jedynie być jakiś pokręcony żart Boga, który obdarzywszy mnie południowym temperamentem i mentalnymi cojones, jednocześnie uczynił mnie zielonooką blond słowianką (marchewka, jak się domyślacie domalowana) . Może baba z jajami to zjawisko naturalnie powstałe jako odpowiedź na mężczyznę metroseksualnego? A może odwrotnie, to mężczyźni mają stosy kremów i depilują sobie okolice bikini, bo takie kobiety jak ja kupują krem na zmarszczki, który zupełnie nie działa stojąc rok na półce nietykany ludzką ręką? I całkiem możliwe, że stąd właśnie wzięła się popularność warsztatów, na których kobiety uczą się jak być kobiece, jak poczuć swoje ciało i zrozumieć, co mówi wagina, upleść wianek i ściskać inne „siostry”, czując wdzięczność dla matki ziemi.