Gdzie mam się nauczyć jeździć? – o tym jak wybrać szkółkę.

Ja sama zgłosiłam się w pierwszej lepszej szkółki jeździeckiej najbliżej mojego domu. Wykupiłam kilka jazd i zaczęłam od lonży, jak pewnie większość z was. I już od progu wszystko zaczęło mnie dziwić. Wyobrażałam sobie, że ktoś nauczy mnie jak konia czyścić siodłać i jak się z nim obchodzić, żeby mnie zaakceptował na swoim grzbiecie. Zamiast tego kazano mi wejść na podest, podprowadzono konia, wsiadłam, przeprowadzono nas na lonżownik i zaczęło się oprowadzanie w kółko stępem, potem kłusem. Na ciepłe jeszcze siodło po mnie wsiadał po pół godzinie ktoś inny. Lonżę prowadziła czasem właścicielka, czasem, jej mąż, który ucząc mnie anglezowania rzucał z entuzjazmem uwagi w stylu: „Dobrze, tak dobrze, mąż będzie zadowolony!”. Były dni, kiedy żadne z nich nie miało czasu i zajęcia prowadziły dłużej jeżdżące w tej szkółce trzynasto- lub piętnastolatki i dopiero wtedy zaczęłam kwestionować jakość zajęć, umiejętności prowadzących szkółkę, ich zaangażowanie w pracę, a potem nawet trzeźwość. Pani X chodziła po maneżu z piwem, jakby jej dłoń była uchwytem na puszki, zmieniające się tylko z pustych na pełne, a jej szanowny małżonek czasem mówił niezbyt wyraźnie i pachniał wczorajszą i dzisiejszą popijawą.

W następnej szkółce nie pozostałam dłużej, w trzeciej faktycznie zaczęłam się czegoś uczyć, pomimo nieprzyjaźnie spoglądających i prychających od czasu sarkastycznym śmiechem studentek, dzierżawiących tam konie do jazdy. Atmosferę postanowiłam wytrzymać, ale braku postępów po dwóch miesiącach już tak łatwo nie przebolałam. Tak naprawdę nie było tam na czym jeździć. Cześć koni kulała, jeden nawet miał wrodzoną wadę kręgosłupa, większość nie umiała nic, prócz podstawowych chodów, do których trzeba było je zachęcać batem. Wieszały się na wędzidle, a popuszczenie im nieco wodzy sprawiało, że się potykały. Wszystko w nich było zmęczone i chore, Chciały tylko przetrwać kolejne 40 minut, a ja nie miałam żadnej przyjemności z jazdy. Oczywiście nie wiedziałam tego wszystkiego od razu. Długo się przyglądałam i odkrywałam każdą z tych rewelacji po kolei. Jak pięcioletnie dziecko zadawałam milion „głupich” pytań, na które uzyskiwałam wykrętne odpowiedzi, by potem szukać właściwych w książkach i internecie.

Wszystko to napawa mnie smutkiem, bo przecież nie takie powinny być moje początki z końmi. Wyobraźmy sobie szkółkę pełną zdrowych koni w wieku od 6 do 16 lat, pracujących maksymalnie 5 godzin dziennie, dobrze odżywionych, zadbanych, odstawianych z pracy zaraz po dostrzeżeniu jakiejkolwiek kontuzji. „Wtedy lekcja musiałaby kosztować co najmniej 100zł.” – oponują zwykle właściciele szkółek. I mają rację, ale czy nie wolelibyście zapłacić więcej i mieć spokojne sumienie, że wasza przyjemność nie powoduje bólu, depresji i cierpienia koni? Ja na pewno.

Wiem, że nie ma ideałów, ale każdy, kto chce się uczyć jeździć może przyczynić się do zmniejszenia cierpienia koni i poprawy jakości zajęć w szkółkach. Jak to zrobić? Wymagać, szukać najlepszej szkółki, pytać, interesować się. To wasz obowiązek wobec koni.

W następnym wpisie z tej serii rozpocznę listę pytań, które moim zdaniem powinno się głośno zadawać w szkółkach dla poprawienia jakości nauki adeptów jeździectwa i jakości życia koni. Zachęcam was serdecznie do przysyłania swoich propozycji pytań.