Kompleks małego członka

Zajęcia rozwojowe z końmi polegają głównie na rozpoznawaniu i zmianie społecznych, kulturowych lub rodzinnych schematów, jeśli okaże się, że te nam w życiu nie służą. Jednym z takich schematów jest nasza rola w małżeństwie.

Niestety, prawie każda kobieta, niezależnie od tego jak silna, zaradna i poukładana, nosi w sobie jak obcego ósmego pasażera Nostromo przekonanie, o tym, że mężczyzna powinien dla niej zabić smoka, wygrać wojnę, albo przynajmniej bitwę, wybudować dom i upolować kolację.

Najprawdopodobniej dla pokolenia dwudziestolatek, a może już nawet trzydziestolatek to wszystko można zamienić na kupić, kupić, kupić i jeszcze raz kupić. Niewielu facetów może tak sobie po prostu kupić wszystko, czego zapragnie ich wychowana w konsumpcyjnym społeczeństwie luba.  Stąd ich naturalna frustracja, poczucie niespełnienia, nie bycia dość dobrym, porównywanie się z innymi facetami, których stać na więcej i taki społeczny kompleks małego członka, który naprawdę z seksem wiele wspólnego nie ma. Kompleks, oczywiście, nie członek, bo raczej chodzi nie o jego rozmiar, tylko obawę, że ich ukochana znajdzie sobie bardziej zaradnego życiowo dawcę nasienia.

Z tym nasieniem, to też bym nie przesadzała, bo choć faceci często mają zakodowany schemat kobiety jako istoty kruchej cichej, miłej i chętnej do zakładania gniazda, to często okazuje się, że dziewczyna w wieku trzydziestu kilku lat jeszcze nie wie, czy dojrzała do roli matki, a gniazdko che mieć, owszem, wypasione, w dobrej dzielnicy, nowocześnie urządzone, w którym nie komponuje się potomstwo.

Wszystko to przypomina jedną wielką szekspirowską komedię omyłek. Czterdziestoletni Don Kiszot pokonał właśnie smoka grając w plejkę, a jego Dulcynea chrapie sobie już w pościeli w piżamce z najnowszego katalogu, na którą musiała sobie sama zarobić i wkurzona poszła spać nie próbując nawet zwabić do sypialni dzieciucha, co to nie potrafi na marną koszulkę za 350 zł pochałturzyć do kotleta na tej swojej bezużytecznej gitarze.

Może pora z tym zrobić porządek i pozwolić każdemu być po prostu najlepszą wersją siebie? Może kobieta, która zarabia dwie średnie krajowe  może powiedzieć do swojego partnera po powrocie z pracy:

– Kotku, co dziś na obiad?

Pomyślcie, o ile życie byłoby prostsze gdyby ani on, ani ona nie mieli problemu z tym, że żyją właśnie w takim układzie. Albo gdyby facet wrócił z pracy umordowany jak osioł i nie czuł się jak palant usłyszawszy żonę narzekającą w rozmowie z koleżanką na jego żałosną pensję, zwłaszcza że naprawdę ciężko pracuje, a swój zawód kocha i się w nim spełnia. Gdyby ta żona poczuła się równie jak on odpowiedzialna za utrzymanie domu i dzieci, które wspólnie wyprodukowali, a które dla innych kobiet nigdy nie stanowiły przeszkody w zarabianiu pieniędzy. Gdyby zamiast zgodnie z wyniesionym z domu schematem jęczeć i narzekać znalazła sobie zajęcie pozwalające jej dorobić w domu do niskiej pensji męża.

Bardzo często to nie brak chęci, ale właśnie zardzewiałe wyobrażenia o tym jak małżeństwo powinno wyglądać ograniczają nas na tyle, że jesteśmy nieszczęśliwi w związku z osobą, w której się przecież zakochaliśmy na zabój.

A co, jeśli to kobieta potrzebuje się spełniać, biegać, gonić, kiszki pompować, że sparafrazuję tekst z filmu „Vabank”. Co, jeśli to ona musi się realizować zawodowo, a za co się nie zabierze, za tym płyną strumieniem pieniądze? Czy taka kobieta ma żyć już zawsze sama? Bo jak sobie znajdzie faceta takiego jak ona, to nigdy się razem nie spotkają w domu. Dlaczego nie mogłaby darzyć szacunkiem nigdy nie publikowanego poety, który z typowo męskich rzeczy, potrafi tylko spłuczkę naprawić, a pozostawiony sam sobie umrze z głodu, mimo że świetnie gotuje. Czy coś się komuś stanie jeśli ona zrobi boazerię w przedpokoju, a on wyhaftuje obrus świąteczny?