Komplementy

 

– Iwona, Iwona, chyba ci tego jeszcze nie mówiłem! – z korytarza dobiega podekscytowany i prawie doszczętnie zdarty śpiewaniem głos Maćka.

Wychylam się z kuchni i z lekko uniesionymi brwiami oczekuję na jego rewelacje, podczas gdy chłopak zamienia sztyblety na rozdeptane kapcie i podciąga za duże bryczesy.

– Na tym wyścigu autostopowym, jak dotarliśmy do Krakowa, wymyśliliśmy z kumplami, że zrobimy eksperyment. – Przerywa na chwilę i macha głową, roztrzepując uklepane pod czapką blond włosy modnie podcięte po bokach i długie na czubku głowy. – My, to znaczy, przeważnie ja, komplementowałem kobiety na ulicy w Krakowie. No wiesz, mówiłem coś miłego każdej z nich.

– I w każdej zauważyłeś coś ładnego? – zapytałam i pomyślałam, że to tylko Maciek tak potrafi.

– No tak, to znaczy, nie, jednej powiedziałem, że ma ładnego psa, bo była strasznie brzydka – paplał już w kuchni odgrzewając sobie obiad. – Ale posłuchaj o co mi chodzi! Na czterdzieści kobiet, którym powiedziałem komplement tylko jedna podziękowała. Ta od psa. Reszta uśmiechała się półgębkiem, albo wcale i szybko uciekała.

– Tej od psa było łatwiej, bo nie mówiłeś o niej – odparłam.

Przeciętna kobieta widzi piękno w tych których kocha. W sobie raczej rzadko. Kobiety uważają, że tylko pustaki puszą się, jak usłyszą komplement. Reszcie nie wypada. To taka społeczna klątwa, pomyślałam bardziej o sobie niż o ogóle kobiet.

– Ale to chore. Jedna babka, gdzieś tak po pięćdziesiątce mówiła w sklepie do dwóch młodszych ekspedientek, że mają się uśmiechać do klientów, bo są młode i ładne. – Maciek mówił niestrudzenie, choć ślina mu ciekła od zapachu unoszącego się z patelni. – Przerwałem jej i powiedziałem, że przecież ona też jest piękną kobietą i powinna się tak samo jak one uśmiechać, bo na pewno uprzyjemni dzień wielu ludziom. I wiesz co? Uciekła na zaplecze. A te dwie młodsze stały z rozdziawionymi buziami – zakończył i już pałaszował obiad, gdy ja myślałam o tym, jak to jest kiedy się usłyszy komplement.

Przez ostatnie dwa miesiące schudłam dziesięć kilo, zmieniłam kolor włosów i sposób ubierania się, a komplementy wciąż mi brzmią jakby małpa obsługiwała gramofon. Gra sobie urocza symfonia, zgrzyt pochlebstwa, potem kilka taktów w zwolnionym tempie i rozmowa przestaje się kleić. Pręty starych schematów oplatają mnie ciasną klatką. Próbuję się uśmiechnąć, a twarz tężeje i po chwili pęka w miejscu, gdzie są usta, tworząc grymas jak u dwulatka na nocniku zanim w pokoju zacznie wrednie śmierdzieć.

Wiem, że za jakiś czas przyzwyczaję się do tego jak koń do samochodu zaparkowanego obok stajni. Jeśli będzie wystarczająco często obok niego przechodził, szybko przestanie się płoszyć. Jeszcze kilka miłych słów od znajomych i będę mogła szczerze się uśmiechnąć, może nawet podziękować. Później zwiększy się stopień trudności i jeśli usłyszę coś pozytywnego o sobie od obcej osoby, postaram się nie odwrócić na pięcie, by pospiesznie zwiać do Timbuktu. Pewnie zesztywnieję i uśmiechnę się nieśmiało, a wszystkie konie, które kiedykolwiek przeprowadziłam obok czegoś strasznego będą mnie przedrzeźniać w mojej wyobraźni zbiorowym: Oj tam, oj tam!

Moje drogie baby, zauważajmy w sobie nawzajem piękne rzeczy i z serdecznością prawmy sobie komplementy. Chwalmy uczesanie kolor włosów, skórę, oczy, ubranie, a jak już nic nam się nie podoba to chociaż psa. Tak, na dobry początek. A jak usłyszymy komplement, szybko pomyślmy: Oj tam, oj tam. Nie ma się co płoszyć. I podziękujmy szczerym uśmiechem.