Kopyto na plecach

 

Budzik. Maj. Czwarta rano. Czas porodów w stajni. Byłam już u Bonity o dwunastej i drugiej. Z trudem otwieram jedno oko. Sięgam po porzucone przy łóżku dżinsy. Wkładam na lewą stronę. Nie umiem zapiąć zamka. Zdejmuję. Wkładam na prawą stronę. Przytomnieję trochę na dole pod drzwiami. Wymęczone obowiązkami psy wychylają się leniwie z sypialni Piotra i mrugają do mnie zaspanymi oczkami.

– Wcale wam nie karzę ze mną iść – szepczę, żeby nikogo więcej nie obudzić. – Śpijcie sobie w ciepłym łóżeczku.

Nie reagują. Poczucie obowiązku nie pozwala im odpuścić. A nuż poród odbędzie się bez ich udziału. I co wtedy? Okażą się niepotrzebne. Albo, nie daj Boże, coś się stanie i będą miały wyrzuty sumienia.

Całą trójką człapiemy ociężale do stajni, gubiąc czasem równowagę. Rozglądam się. Pół księżyca i żadnej gwiazdy. Jakaś skąpa ta noc. Czerwonawe niebo po mojej prawej próbuje urodzić słońce. Poszarzało z wysiłku, ale nie daje za wygraną. Podchodzę do wrót stajni. Zamknięte tylko dolne ćwiartki. Zwykła nocna miękko hałaśliwa cisza w środku. Żucie, szuranie, oddychanie. W nosie czuję kojący zapach koni, świeżych „jabłuszek” i siana. W pierwszym boksie po lewej Queen pracowicie pochłania siano. Potem przystawia nos do poidła, które z piskiem protestu oddaje cenną wodę.

Dwa boksy dalej słychać głośne chrapanie starego faceta. Cody, pomyślałam. Źrebak ma miesiąc, a chrapie jak staruszek. W drugim boksie po prawej Bonita stoi osłupiała. Nieśmiało przygląda się dwóm kształtom, które musiały niedawno pojawić się w na słomie tuż po tym, jak ostry ból brzucha kazał jej się położyć i przeć. Źrebak porusza głową, łożysko lekko paruje. Chwytam za telefon i budzę Pawła. Idę do masztarni po sznurek i jodynę.

– I co? – zaspany Paweł objawia się w stajni i mówi, jakby mu tłumik zamontowali.

Wzruszam ramionami. W boksie kucamy przy źrebaku. Odciągam prawą tylną nogę malucha. Po trzydziestu porodach nic już nie muszę Pawłowi tłumaczyć. Wielkimi dłońmi sprawnie zawiązuje sznurkiem pępowinę i obficie polewa jej koniuszek jodyną.

Och, kurczę się ze strachu, kiedy kopyto dorosłego konia sięga moich pleców. Czuję je całe pomiędzy łopatkami. Lekko mnie popycha i łagodnym ruchem zsuwa się w dół, nie robiąc mi krzywdy. To tylko Bonita mnie zaczepia zaniepokojona, bo nie widzi, co robimy.

– Przepraszam, kochanie. Już kończymy – zwracam się do klaczy. Ma prawo się denerwować, kiedy dwie osoby zasłaniają jakąś żywą istotkę, którą instynkt karze jej się opiekować. To jej pierwszy maluch. Jeszcze nie zna procedury.

Po pół godzinie pomagamy ogierkowi wstać i podejść do mamy. Podtrzymuję mu chwiejny zadek, a Paweł nakierowuje spragniony pyszczek na źródło pokarmu. Słychać głośne przełykanie. Jeszcze tylko pierwsza kupa i możemy iść spać. Och, nie. Za godzinę przyjedzie ciocia Ania, nasza wetka od rozrodu i będzie badać Godivę. Pozostaje kawa. Najlepiej całe wiadro.

W kuchni nad kubkiem wielkości nocnika wypełnionym gorącą, beżową kawą z kozim mlekiem wspominam poprzednie porody.

Cougar machała nerwowo głową, kiedy zobaczyła mnie w progu stajni. Podbiegłam. Źrebak był cały pokryty błoną. Za chwilę mógłby się udusić. Rozerwałam błonę, jak bym otwierała starą skrzynię z obawą, czy znajdę skarb, czy trupa. Uff, śliczna szampańska źróbka o błękitnych oczach, całkiem żywa. Odkrycie małej nie uspokoiło Cougar.

– Co? – zapytałam zdziwiona.

Klacz wzięła w zęby pępowinę i pomachała mi przed nosem.

– Ok – zgodziłam się i chwyciłam oburącz gruby sznur złożony z błon. – No, dawaj.

Klacz przegryzła błony. Pobiegłam po nożyczki i zestaw poporodowy. Brodą i kolanem przytrzymałam nogę źróbki, zawiązałam, odcięłam nadmiar i zajodynowałam pępowinę. Klacz odetchnęła z ulgą i położyła się obok mnie. Wiedziałam, że mnie nie przyciśnie. Udowodniła, że mogę jej zaufać w każdej sytuacji, kiedy poprzedniej nocy około drugiej przyszłam sprawdzić, czy nie rodzi. Obejrzałam wymiona i podniosłam właśnie ogon, gdy na grzbiet klaczy wskoczył spragniony pieszczot kot.

– Miał – wrzasnął z pretensją w głosie i ruszył w moją stronę.

Klacz spięła pośladki i grzbiet. W ciągu sekundy oceniła sytuację. Kot na grzbiecie, człowiek tuż za zadem z głową prawie pod ogonem. Odsunęła się w prawo, napięła jeszcze mocniej grzbiet i wywaliła tylnymi nogami w górę tak mocno, że kot pofrunął do sąsiedniego boksu, a kopyta śmignęły metr obok mnie na wysokości głowy. Moje nogi zmieniły stan skupienia ze stałego na żelowy. Przytrzymałam się ściany, żeby nie osunąć się na słomę ozdobioną gdzie nie gdzie kupami.

Ależ to dawno było, pomyślałam. Ta maleńka szmapanka jest już dorosłą klaczą. W połowie kubka z kawą, gdy na dworze było już zupełnie jasno, przypomniała mi się Fiona.

– Złamiesz źrebaka, debilko – darłam się, a adrenalina tryskała mi uszami. Cała stajnia wrzeszczała razem ze mną.  – Aaaaaa! – jęczałam z całej siły, ciągnąc za ogon sześćset kilogramową klacz.

Nareszcie udało mi się ją przesunąć z dala od ściany, gdzie mógł się zakończyć nie rozpoczęty jeszcze żywot maleństwa. Przednie nogi i głowa wystawały tuż pod uniesionym ogonem leżącej na słomie klaczy. Usiadłam, chwyciłam szczupłe nóżki i przy następnym parciu pociągnęłam do siebie. Bezwładny maluch i mnóstwo ciepłych, lepkich wód płodowych wyskoczyło z wnętrza kobyłki prosto na mnie. Ulga, opadłam z sił. Zobaczyłam nad sobą Pawła. Zabrał źrebaka i położył go na słomie.

– Konie rżały jakby coś strasznego się działo. A co tobie? – Zauważył, że się trzęsę.

– Adrenalina mi schodzi. Zaraz przejdzie.

Była też Bagatela. Ona postanowiła rodzić w ciągu dnia. 18 letnia klacz pierworódka. Położyła się blisko narożnika na plecach, stękała i machała na wszystkie strony nogami, jakby schodziła z tego świata.

– No dobra, mam nadzieję, że mnie nie zabijesz – mruknęłam nurkując pomiędzy rozbiegane nogi i ścianę. – No, przyj, a ja pociągnę.

Kopyta świstały mi koło ucha ale ani razu we mnie nie trafiły. Już za chwilę leżałam na słomie z mokrym źrebakiem o długaśnych nogach. Klacz odetchnęła i ostrożnie odsunęła się od nas. Poszło łatwiej niż się spodziewałam.

Ile ich  się tu urodziło? Ile przyjechało. Ile odjechało? Pomagałam im przyjść na świat, stawiać pierwsze kroki, ogarnąć kantarek i siodło. Byłam przy nich w czasie inseminacji, źrebienia się, pomagałam wstać, kiedy się zawaliły, odplątać, kiedy w coś się zaplątały. Leczyłam oczy, uszy, nogi, kopyta, płuca, brzuchy oraz wszelkie rany cięte i szarpane. Byłam przy tych, które odchodziły w świat albo w zaświaty. Moje własne i pensjonatowe nauczyły mnie, że mogę czasem po prostu zdać się na ich mądrość i zaufać, że nie zrobią mi krzywdy.