Korzeń szerszenia

– Wy tu klimę macie? – zdziwił się Piotrek, mój szwagier, kiedy wszedł do chłodnego domu w upalny, letni dzień.

Jechali z Ewką ponad trzy godziny w prażącym słońcu i gdy wreszcie dotarli na miejsce, mieli ochotę jak najszybciej schować się do cienia. Lato tego roku postanowiło wysuszyć nasz wymrożony zimą, a następnie rozmoczony wiosną dom i uraczyło wszystkich temperaturami, które zwijały nawet liście na dębach i kasztanach.

– Jasne, to naturalna klimatyzacja, czterdziestopięciocentymetrowe mury ceglane, jak na zamku w Malborku. Latem zimno, zimą ciepło – wyjaśniłam.

– A tu, co będzie? – Ewa oglądała dom wewnątrz z mieszaniną podziwu i przerażenia na twarzy. Zapomniała, że wciąż trzyma w dłoniach bambetle w ilości wskazującej na to, że wprowadzają się do nas na jakiś rok. – Jaki wielki ten pokój!

– To będzie salon – wyjaśniłam. – Tu postawimy kominek – dodałam z dumą, jakby już wszystko było urządzone.

Zaprowadziłam ich na górę, ale Ewa rzuciła bagaże na podłogę i ruszyła dalej. Zmęczenie jej chyba przeszło, bo biegała po pokojach jakby szukała prezentu gwiazdkowego. Po chwili była już na strychu, a ja pobiegłam za nią, żeby ją ostrzec.

– Fajny ten strych. Tu by można całe mieszkanie zmieścić. Masz może latar… kę?

Ewa zamarła. Ostrzeżenie nie było potrzebne. Sama zauważyła imponujący sękacz zbudowany przez naszych natrętnych nocnych gości. Stała z wytrzeszczonymi oczyma, a wokół niej latało kilkanaście tłustych szerszeni. Jest uczulona na pszczoły, osy i inne takie, a na widok szerszenia umiera teraz ze strachu. Kiedy kilka lat temu użądliły ją trzy osy przez dwa kolejne dni wyglądała jak zawodnik sumo. Gdyby nie zastrzyk, pewnie by się przekręciła.

– Wycofuj się powolutku. To szerszenie – szepnęłam do niej zupełnie nie potrzebnie.

Ewa zeszła na dół na sztywnych nogach i na ostatnim stopniu drabiny nareszcie złapała oddech.

– Ale tam są…

– Owszem. Ładny ten sękacz, co? – przekomarzałam się jak dziecko.

– Hm. Co macie zamiar z nimi zrobić? Wezwiecie straż pożarną?

– Dzisiaj przychodzi taki miejscowy magik, to nam powie. Ale chyba będziemy je mogli zlikwidować dopiero jesienią.

– Jak to jesienią? – oburzyła się Ewka. – To ja tu mam dzisiaj spać?

– A wolisz na dworze? – syknęłam złośliwie. – Zobaczysz, jak fajnie będzie wieczorem; szerszenie mylą okienko na strychu z naszym i lecą do światła. Oglądałaś film „Rój”? – ciągnęłam z wredną satysfakcją. – One uderzają odwłokami w szybę, jakby chciały, żeby im otworzyć.

Po południu przyszedł pan Siwicki i  bez jakichkolwiek oznak strachu skrupulatnie obejrzał gniazdo w kształcie ciasta. Zszedł na dół i oświadczył:

– Na jesieni się same wyniosą.

– Ale wylęgną się nowe – podpowiadałam.

– Nie – uspokajał Siwicki, różdżkarz i specjalista od wsiowych kłopotów, pomorów świń i innych klęsk. – Jak stare sobie pójdą, to my to gniazdo deską zwalimy i spalimy.

– A jak kogoś użądlą? – dopytywała się moja siostra.

– Jak im pani na odcisk nie wlezie to nic nie będzie. Pan Pioter to był ugryziony i miał tylko mały bąbel. Jak jeden ugryzie, to nic nie jest.

– A jak więcej? – Ewa nie dawała się łatwo zbyć.

– Wódkę trzeba pić, albo „Czar PGR-u”, bo po niej, to nawet szerszeń nic nie zdziała. Pani, jak ten najstarszy od Chładowskich usłyszał w telewizji, że korzeń z szerszenia jest dobry na kuśkę, to tydzień szerszenie ganiał, żeby chociaż jednemu ten korzeń urwać. Klika go nawet dziabnęło, ale się nie przekręcił, bo pijany był jak worek. A kuśkę tak leczyć chciał, w tym względzie, że się do Łąkowej teraz wprowadził, a ona potrzebująca kobieta jest – gadał Siwicki, nie bacząc na nasze zniecierpliwienie. – Przyszedł nawet do mnie, jak mu z tym szerszeniem nie wyszło i się zapytał, co na kuśkę jest dobre, ale jak mu powiedziałem, żeby tyle nie pił, to mnie wyzwał i powiedział, że się na niczym nie znam, ot co. Taka ludzka wdzięczność.