Ludzki inwentarz i tyłek przymarznięty do kibla

– To nie będzie przyjemna zima – krakał Piotr.

Pod koniec listopada na dworze zrobiło się przeraźliwie zimno i musiał co chwilę schodzić do piwnicy po drewno do kominka. Jesienne mrozy nie nastrajały do spacerów. Nawet naszym lokatorom nie chciało się wyjść na dwór kraść drewno z lasu. Zostali tu z nami jako żywy inwentarz i nikogo prócz nas nie obchodziło, co się z nimi stanie.

Na parterze, w jednym pokoju z kuchnią mieszkała pani Wilczak, z którą miesiąc wcześniej robiłyśmy deratyzację mieszkania po Januszku. Samotna kobieta była wdową po pracowniku PGR-u. Urodziła się w niemieckiej rodzinie za czasów, kiedy ten dom znajdował się jeszcze w obszarze wolnego miasta Gdańska i do tej pory (miała jakieś siedemdziesiąt pięć lat) kaleczyła polski.

Dwa pokoje na górze zajmowali Andrzej Baryła, jego niewidzialna siostra, jej konkubent i dzieci. Pan Baryła nabawił się kalectwa, gdy wiele lat temu, zimą wracał pijany do domu. Przewrócił się i odmroził stopy na tyle, że amputowano mu wtedy pięty wraz z pociągiem do alkoholu. Teraz chodził trzeźwy, ale w kaloszach, bo wszystkie normalne buty go uwierały. Dostawał rentę i pracował od czasu do czasu na czarno, żeby mieć na papierosy i utrzymanie nieślubnych dzieci siostry.

Panna Halina Baryła, kobieta podobno około czterdziestki była, jak twierdziła Wilczakowa, bardzo nieśmiała i właśnie dlatego wychodziła z mieszkania tylko wtedy, kiedy my znikaliśmy z domu. Miała dwoje nastoletnich dzieci ze znanym w okolicy pijakiem i obibokiem, Benem Bobrowskim.

Ben nie był nieśmiały, ale jego też widywaliśmy rzadko. Przeważnie był zajęty pędzeniem lub konsumowaniem bimbru w altanie za parkiem .

Na strychu hulał wiatr, a my siedzieliśmy w „salonie”, jak szumnie nazywaliśmy, spory, ale zupełnie zrujnowany duży pokój, w którym stał telewizor, stara kanapa i kilka niepotrzebnych nikomu gratów, zabranych z mieszkania w bloku. Gdzieniegdzie spod tynku wyłaziła trzcina. Z sufitu zwisały obstrzępione kawałki starej farby. Nie udało nam się go pomalować, ponieważ kiedy przykładałam gdzieś wałek z farbą, nagle wszystko zaczynało obsypywać się na podłogę. Postanowiliśmy zostawić w spokoju łuszczącą się farbę na suficie, a jedzenie przykrywać, żeby nam dom nie doprawiał posiłków. W dwóch zajmowanych przez nas pomieszczeniach nie odczuwaliśmy chłodu, ale przeraźliwa wilgoć wychodziła z murów i zakrada się pod ubrania. Na świeżo przyklejonych tapetach pojawiła się pleśń. Szybko zrezygnowałam z mycia okien. Już przy pierwszej próbie wypadła jedna z szyb w kuchni. Szprosy były tak  spróchniałe, że nie trzymały się już w nich gwoździe i stary kit. Miało to swoje zalety, brud na szybach zastępował firany.

– Jestem głodna – obwieściłam grobowym tonem.

– Ja też – Paweł natychmiast się ożywił i położył jeszcze jeden kolorowy klocek na szczycie wieży zbudowanej na starym dywanie. Otaczająca nas ponura dekoracja jak ze sztuki o włóczęgach zdawała się zupełnie mu nie przeszkadzać.  – Mogę iść z tobą?

Mały wiedział, że zrobienie kanapek, to cała wyprawa. Nie mieliśmy czym ogrzać kuchni, trzeba więc było założyć kożuch, kozaki i czapkę, ale za to można było sobie popatrzeć na wzory wymalowane przez mróz na szybach kuchennych okien. Puste miejsce po szybie zakleiłam czarnym workiem na śmieci. Worek wybrzuszał się, gdy wiał wiatr. Kiedy Pawłowi udało się go czymś przebić, folia gulgotała i piszczała poruszana wiatrem, co sprawiało chłopcu wielką frajdę.

Porąbałam chleb i ser, pokroiłam masło i zrobiłam kanapki. Przyniosłam je do pokoju, żeby trochę odtajały i bardziej nadawały się do zjedzenia.

– Siku mi się chce – pisnął Paweł.

– O rany – jęknęłam. – Ale dobrze, że nie kupę.

– Tak, wiem – mruczał malec pod nosem. – Pupa się może przykleić do kibla.

– Nie do kibla, tylko do deski sedesowej i nie przykleić, tylko przymarznąć – poprawiłam go.

Podreptaliśmy do nieogrzewanej łazienki. Mały wydobył co trzeba spod puchatej kurtki.

– I dlatego musisz znów zacząć robić na nocnik – wróciłam do oklepanego tematu

– Nie jestem dzidziusiem, nie będę robił do nocnika – oburzył się Paweł.

– Jak ci tyłek przymarznie do kibla, to zaczniesz – rozzłościłam się.

– Nie tyłek, tylko pupa i nie do kibla, tylko do deski sedesowej – poprawił mnie.