Miejsce na Ziemi

 

 

Był początek września, na starych dębach otaczających podwórze, dom, dwie obory oraz stodołę liście już zaczynały rdzewieć. Czułam przenikający cienką, flauszową kurteczkę chłód. Wiał silny wiatr, przez chwilę nawet padał deszcz. Pomyślałam, że jestem w siódmym niebie. To był mój dom! Potężna bryła międzywojennego dworu zlewała się z tłem brunatnych pni parkowego zadrzewienia. Powybijane oczy okien, częściowo zakryte folią, kołdrami i kocami straszyły swoją ślepotą. Mansardowy dach, niegdyś z pewnością pokryty dachówką obłożono szarymi płytami eternitu. W wielu miejscach z szaro-zgniłej elewacji odpadł tynk ukazując nagie fragmenty ceglanego muru.

Ty biedaku, rozczuliłam się. Co oni ci zrobili?! Dotarło do mnie, że przepadłam, zakochałam się w stuletniej ruinie i nigdy już nie będę szczęśliwa, jeśli tu nie zamieszkam. Skąd Piotr wiedział, że mi się spodoba? A co będzie, jeśli ktoś już kupił dom? Chrzanić całą resztę świata, której jeszcze nie widziałam. To miejsce mogę oglądać do końca swoich dni.

– Okropnie, prawda? – Piotrek napawał się widokiem mojej szczęśliwej miny.

– Tak, okropnie. Kiedy możemy to kupić?

Na pewno spodziewał się właśnie takiej odpowiedzi.

– Trzeba będzie przystąpić do przetargu. Chcą za to siedemset tysięcy.

– Yyyyyyy – jęknęłam, a spod rzęs już cisnęły się łzy. – To jakaś dziwaczna tortura? Po co mi pokazujesz coś na co nas nie stać?

– Nie, nie martw się. Można wziąć na raty. Wystarczy, że sprzedamy mieszkanie i będziemy mieli dziesięć procent na wadium.

Z domu wyszli ludzie. Stanęli na ganku przed głównym wejściem. Kilka osób zatrzymało się na wąskich schodach przy dawnym wejściu dla służby. Wychudzona kobieta ze spaloną trwałą zerkała na nas z nadzieją, jakby szeptała: „No, nareszcie zjawił się ktoś, kto to kupi i wyniosą nas z tej rudery.” Mężczyzna w koszuli dziurawej na brzuchu, brudnych, wyciągniętych spodniach drapał się po dawno nie strzyżonej głowie, a ja miałam wrażenie, że mówi do niej: „To dziady, nic nie kupią. Tylko zawracają głowę. Widzisz ich samochód? Mówię ci, że to gołodupce.” Starsza pani w chustce na głowie i stylonowym fartuchu, jakich już nie uświadczysz w sklepach w mieście podeszła do nas i odważnie zapytała:

– Co chceta?

– Przyjechaliśmy obejrzeć dom – odparł spokojnie Piotr.

– To się rozminęliście z tymi drugimi, co tu byli rano.

– Jakimi drugimi? – jęknęłam zaniepokojona.

– Niemce tu byli. Chcą to kupić, ale jeszcze nie mają pozwolenia.

Boso, brudne, roztrzepane, ze świecącymi stróżkami kataru pod nosami biegały po podwórzu dzieci. Od czasu do czasu spoglądały na nas z zaciekawieniem.

– Jezu, a co z nimi? – szepnęłam, ciągnąc Piotra za rękaw.

– Podobno mają połowę z nich wyprowadzić.

– Połowę? – nie ukrywałam rozczarowana.

– Będziemy mieli połowę domu, to i tak więcej niż w bloku.

Mieszkańcy domu wyszli odważnie na podwórze, stanęli w kole i rozgadali się na dobre. Mówili o tym, jak im było dobrze za starego dyrektora (PGR-u, oczywiście), jak potem wszystko upadło „i poszło na zmarnowanie”. Wymieniali z nazwiska ludzi, którzy rozkradli, to, czego nie popsuto, skarżyli się na rząd, Agencję i zły los. Kiedyś mieli stałą pracę, pensję, deputat na mleko i węgiel, a świnki i kurki można było uchować na tym, co się podebrało z magazynu (przecież to tylko trochę).

– Jak w stanie wojennym ludziom w mieście wszystkiego brakowało, my tu sobie żylim jak u Pana Boga za piecem – wspominał czerstwy, rosły mężczyzna w średnim wieku. – A teraz co? Roboty nie ma, trza by dojeżdżać, a pieniądze też marne. Nawet kur nie warto trzymać, bo jajka w markiecie tanie jak woda.

W pewnej chwili zza drzwi wyskoczył młody mężczyzna. Wykrzywioną twarz zwrócił w moją stronę, gdy dosłownie galopował ku nam przez podwórze z wyciągniętą przed siebie dłonią. Przestraszona wytrzeszczyłam oczy, ale on zatrzymał wyimaginowanego konia i podał mi rękę krzycząc niewyraźnie:

– Cześć!

– Cześć – przywitałam się i uścisnęłam dłoń nieustępliwie wyciągniętą do powitania.

Mężczyzna stanął na przeciw mnie, rozpiął rozporek i zaczął sikać. Stojąca obok mała dziewczynka sama zasłoniła sobie oczy, przyzwyczajona najwyraźniej do jego niefrasobliwego sposobu załatwiania swoich potrzeb, a ja szybko i dyskretnie wytarłam prawą rękę w spodnie.

– To Januszek – wyjaśniła mocno zużyta kobieta w średnim wieku – mój najmłodszy. Zawsze był taki.

Zaprosiła nas do środka. W największym pokoju, pomieszczeniu nie zdradzającym dawnej świetności leżało osiem barłogów pełnych nieświeżych, szarych szmat. Cuchnęło uryną i pleśnią. Wyliniałe dywany zamiast leżeć na podłodze, zawisły a ścianach, zakrywając plamy wilgoci i grzyb.

– Tutaj śpią dzieci – mówiła kobieta oprowadzając nas po mieszkaniu. – Januszek, najmłodszy ma siedemnaście lat. – Zerknęłam na Januszka. Zniekształcone rysy twarzy zaskakiwały dojrzałym wyglądem. – Najstarszy ma dwadzieścia siedem, pracuje w lesie i z tego żyjemy. Jeszcze zbieramy grzyby i takie tam – dodała, kiedy moje oczy zaokrągliły się ze zdziwienia, a brwi wyraźnie uniosły.

W kuchni pod stołem urzędowała kura. Właśnie rozpracowywała resztki rodzinnego posiłku. Kot z lekkim obrzydzeniem jednym pazurem wyciągał coś ze śmietnika zrobionego ze skrzynki po warzywach. Chyba próbował uprzedzić szczury, które w zamian za poczęstunek zostawiały na starych kaflach podłogi zgrabne kuleczki odchodów.