Morderczy sznurek, nieboszczyk i ciotka Buba

Pierwszego słonecznego dnia wpadłam na pomysł wywieszenia prania na dworze. Nie miałam własnego sznurka, ale wiedziałam, że jeden na pewno jest rozpięty między złamanym bukiem a starą lipą w południowej części parku. Tydzień wcześniej biegłam między drzewami i nagle poczułam na gardle ucisk nylonowego sznura. Zdezorientowana łupnęłam na plecy i uderzyłam głową o ziemię. Szczęśliwie gruba warstwa zbutwiałych liści zamortyzowała upadek i z pozoru groźne zdarzenie skończyło się jedynie pobrudzeniem pleców i poniższych krągłości.

Szłam zatem teraz z miską pełną świeżo upranych ubrań gotowa rozwiesić je na moim niedoszłym zabójcy, kiedy usłyszałam za sobą łomot. Skojarzyłam dźwięk z odgłosem otwierania starego okna na górze. Odwróciłam się. Lokatorka, której do tej pory jeszcze nie widziałam, bo przemykała niepostrzeżenie jak widmo, gdy nikt nie patrzył, wystawiła roztrzepaną czuprynę przez mały otwór i krzyknęła groźnie: – Idzie pani wieszać pranie?

– Owszem. Dzień dobry, pani Halino – odparłam z uśmiechem nastawiona pozytywnie do wszystkiego, co żyje, nawet lokatorów.

– Ale ten sznurek, co tam wisi w parku, to jest mój.

– Będzie pani dziś coś na nim wieszać? – zapytałam odrobinę rozczarowana.

– Nie, ale to mój sznurek.

Poczerwieniałam niebezpiecznie. Panienka z okienka wcale się tym nie przejęła.

– I koniecznie chce go pani mieć tylko dla siebie?

– Eeeee….tak.

Postawiłam miskę z praniem na ziemi. Nie pomyślałam nawet o tym, że mogę po powrocie zastać w niej śpiącego kota sąsiadów, który darzył nas szczerym uczuciem odkąd zaczęliśmy go dokarmiać. Wróciłam do mieszkania i po chwili zeszłam na podwórze z linką holowniczą w jednej dłoni i nożyczkami w drugiej. Szybkim marszem pokonałam odległość z domu do złamanego buka. Ciach, ciach, załatwiłam sprawę dwoma precyzyjnymi ruchami.

– Proszę, oto pani sznurek – sapałam z uprzejmą satysfakcją, gdy zjawiłam się przed stojącą w drzwiach swojego mieszkania panią Haliną.

– Ale… – bąknęła zdezorientowana, przejmując swoją własność.

– Sznurek jest pani, ale drzewa moje – powiedziałam stanowczo i już po chwili byłam na podwórku.

Podśpiewując pod nosem rozciągnęłam linkę holowniczą miedzy drzewami i powiesiłam pranie. Miałam ochotę zapisać w notesie punkt dla siebie.

Szukając w parku konwalii odkryliśmy tajemniczy grób. Niedaleko starego stawu do połowy zapełnionego śmierdzącą, brunatno-zieloną wodą znajdowała się polana gęsto porośnięta wszelakimi chwastami i kolorowa od śmieci. Pośród pokrzywionych kół, starych krzeseł, butelek po tanich winach i innych produktów ubocznych życia mieszkańców PGR-u zobaczyliśmy wielki kamień, a obok niego zapadnięty prostokąt ziemi z przekrzywionym, drewnianym krzyżem. Poczuliśmy się zobowiązani do usypania przed krzyżem przyzwoitego kopczyka ziemi i posadzenia kilku kwiatków.

Fakt posiadania własnego nieboszczyka nie wiedzieć czemu napawał nas dumą. Wypytywaliśmy wszystkich w okolicy, kto też tam mógł być pochowany. Wersji było tyle ilu rozmówców. Niektórzy twierdzili, że to grób żołnierza, a właścicielka domu leży pod kamieniem, inni, że leży tam małe dziecko, bo przecież grób jest malutki. Jeszcze inni zaklinali się, że pod ogromnym głazem jest pochowany ukochany koń właściciela majątku, a w grobie z drewnianym krzyżem jest ciało jakiejś Niemki. Tajemnica pozostała niezbadana, ale zapomniane miejsce pochówku stało się we wsi tematem wielu spekulacji. Zaczęto mówić o tajemniczych tunelach pod domem, o skarbach ukrytych przez Niemców i nagle dla wszystkich stało się bardzo podejrzane, że co roku przyjeżdżają tu z wizytą jacyś Niemcy, którzy dawno temu mieszkali i pracowali w majątku.

Były imieniny moich „świętych”, Piotra i Pawła, co oznaczało, że zjedzie się do nas cała rodzina. Między innymi spodziewaliśmy się ciotki mojego teścia, słynnej cioci Buby, osiemdziesięcioletniej pisarki o temperamencie strusia pędziwiatra. Cała w uśmiechach i falbankach zjawiła się w naszym domu i mimo pochmurnej pogody szczebiotała radośnie od progu:

– Kochanie, jakie ty masz piękne, topazowe oczy. I te miedziane włosy!

Zmierzyłam ją podejrzliwym spojrzeniem, zastanawiając się, czy w ten sposób próbuje zaskarbić sobie moją dozgonną sympatię, by tym łatwiej później mną manipulować. Buba jednak przyglądała mi się ze szczerym podziwem. Zrobiło mi się głupio. Nigdy nie potrafiłam przyjmować komplementów.

Zgodnie z tradycją, musiała zostać oprowadzona po całym domu. I tym razem ciocia pokazała klasę, ponieważ jako jedyna z dotychczas zwiedzających nie została natchniona religijnie w stylu: „O Boże, ile tu trzeba władować pieniędzy, żeby to doprowadzić do porządku!”, ani: „O Jezu, jaka to straszna ruina!”, czy „Matko Boska, jak wy tu możecie mieszkać?”. Zaglądała w każdy kąt z ciekawością małego dziecka, jakby spodziewała się gdzieś znaleźć konia na biegunach. Oczy jej lśniły, a uśmiech nie schodził z pomalowanych różową pomadką ust.

– Rozmawiałam o twojej książce z Zacharskim… no wiesz, tym co ma usta jak kurzy zadek. Kiedy mówi, masz wrażenie, że zaraz wypluje jajko – zagaiła, pochłaniając piąty kawałek ciasta popijany przegotowaną wodą. Wiedziałam, że zacznie coś mówić o powieści. Zacharski to był jej znajomy krytyk literacki. – Zgodził się przeczytać fragment i powiedzieć, co o niej sądzi.

No to leżę, przestraszyłam się. Przez te wszystkie miesiące od zamieszkania w Piekle nie napisałam ani słowa, to, co miałam powstało praktycznie w ciągu jednej nocy, kiedy nie mogłam zasnąć i dostałam napadu twórczego rozwolnienia. Nie miałam czasu nawet na tłumaczenia, a podpisałam przecież cztery umowy. Terminy oddania zbliżały się, a ja wciąż byłam w lesie i to z tyłkiem w pokrzywach.

– Ależ ciociu, przecież ja jej jeszcze nie skończyłam. Tylko ten rozdział zdążyłam poprawić – broniłam się jak mogłam, chociaż wiedziałam, że to na nic.

– No, daj, co tam masz – nalegała.

Podałam jej znikomą ilość kartek maszynopisu. Wysmarkała nos w spódnicę z falbanką i zabrała się za czytanie.

– Hm. Całkiem dobrze się czyta. Może coś z tego będzie. Pozwolisz, że trochę poskracam? – Buba zabrała się energicznie do roboty. – Resztę Zacharski przeczyta sobie, kiedy kupi książkę – rzuciła porozumiewawczo, a mnie kamień spadł z serca.

Musiała się zorientować, że napisałam to na kolanie i że zdecydowanie nie jest to powieść, którą wszem i wobec zapowiadałam, ale przy rodzinie nie pisnęła ani słowa.