Noc skandalu

Powoli mija mi faza bluzgania, której dorobiłam się jakieś dwa lata temu na własne życzenie. Dawno temu mama nauczyła mnie, że dziewczynce nie wypada przeklinać i tak mi zostało do czterdziechy. Życie na wsi udowodniło jednak, że czasem nie da się nie rzucić mięchem, bo trzeba mówić w języku tubylców, którzy nie rozumieją niuansów stanowczej uprzejmości w stylu: ” Przepraszam, czy mógłby pan łaskawie przestać wykopywać kamienie ze skarpy na moim polu, bo bez nich ziemia osunie się na drogę.” Szybki kurs miejscowego dialektu  i nauczyłam się to samo mówić inaczej: „Sąsiad, jak mi, kurwa, jeszcze jeden kamień ze skarpy podpierdolisz, to ci z chłopakami nogi z dupy powyrywamy i na chuju będziesz skakał.” Skutek natychmiastowy, podziałało jak magia. Do tego stopnia nawet, że poprzednio wykopane kamienie wróciły na swoje miejsce. Ale co z tego, że zaczęłam bluzgać skuteczne, jeśli przy każdym przekleństwie mrugałam jak szalona i w ustach pojawiał się jakiś dziwaczny, gorzkawy posmak jak by mi ktoś język mydłem wysmarował.

Nie przyszło mi nawet do głowy, że powinnam sobie jakoś z tym poradzić, ale okazja nadarzyła się sama. Na jednym z warsztatów rozwoju osobistego zaplanowano dla nas „noc skandalu”. Mieliśmy za zadanie wyluzować i publicznie zrobić to, co jest dla nas wstydliwe i trudne. Okazało się, że większość ludzi ma schizę na punkcie nagości i seksualności.  Pilnie przygotowywali się do striptease’u i tańca erotycznego. Kilkoro uczestników zdecydowało się zaśpiewać lub zatańczyć, a ja miałam zupełną pustkę w głowie. Wielu rzeczy nigdy nie zdecydowałabym się zrobić publicznie, ale nie mam z tym związanych żadnych strachów. Są to po prostu sprawy intymne, z którymi nie mam ochoty się obnosić i na pewno nie dlatego, że nie mam na to odwagi, ale dlatego, że nie uważam za słuszne dzielić się tym z resztą świata. Na śpiewanie też nie miałam nastroju, a tańczyć się  nie wstydzę.

Wieczór się zaczął, występowały  już pierwsze osoby, a ja wciąż nie wiedziałam, co zrobię. No trudno, pomyślałam, najwyżej będę stała jak niezdecydowana guła przed sporą publicznością. Tego jeszcze nie robiłam, więc kiedyś musi być pierwszy raz. Klaskałam i gwizdałam przy każdym kolejnym występie. Grupa była międzynarodowa i głównie płci przeciwnej, więc z przyjemnością oglądałam młodych, przystojnych mężczyzn o każdym możliwym kolorze skóry pląsających nago po scenie i dziwiłam się tylko, że ktoś ma problem z pokazywaniem takiego ciała. W końcu usłyszałam ze sceny:

– Ivana Czemska!

Podejrzewając, że chodzi o mnie ruszyłam w stronę schodków i nagle mnie olśniło:

– K… jego mać, wy p… matkoj…! F… waaaaaaaaaaaaaankers!

Całe trzy minuty występu poświęciłam na wszystkie wyzwiska i bluzgi jakie znałam po polsku i po angielsku. Coś wyleciało ze mnie z takim impetem, że z trudem na koniec zamknęłam usta. Moi półnadzy poprzednicy bili brawo i gwizdali. Kiedy zeszłam ze sceny, gratulowali występu.

Na jakiś czas tak mi zostało. Klęłam w każdym zdaniu bez żadnego wyraźnego powodu, dla samej przyjemności przeklinania bez gorzkich konsekwencji w ustach. Później coraz mniej i mniej. Potem jak mnie coś zirytowało, albo kiedy miałam zły humor. Później ktoś mi powiedział, że przeklinanie do mnie pasuje i po raz pierwszy od dawna zaczęłam przebąkiwać jakieś niemądre wyjaśnienia.  Zdziwiłam się, bo nie mam w zwyczaju tłumaczyć się z niczego. Mówię co myślę i robię to, co mówię, że zrobię. Usprawiedliwianie się nie jest potrzebne. Ale nie tym razem. Zapaliła mi się czerwona lampka sygnalizacyjna oznaczająca jakąś niespójność.

Przyjrzałam się temu tematowi dokładniej na lokalnym rynku warzywnym. Kupowałam ziemniaki, a nieopodal oparta o stragan stała gruba, stara (tak mniej więcej w moim wieku) baba o niechlujnym wyglądzie i rynsztokowych manierach. Z obsesyjną przyjemnością paliła papierosa, pluła na ziemię i przeklinała. Do niej to przeklinanie nawet pasuje, pomyślałam, ale do mnie już chyba nie.