Niezrównoważona żona

– Hold on to me, cause I’m a little unsteady – leci w tle z lapsa. Kiepski dźwięk, ale nie melodia, tylko słowa przykuły moją uwagę. Nie macie czasem wrażenia, że ktoś śpiewa dla was lub o was? Na pewno macie. Każdy z nas pielęgnuje w sobie przekonanie, że cały świat się wokół ich zadka kręci. I ma rację. Ale co ten mój świat wykręcił? Trzymaj mnie, bo jestem trochę niezrównoważona. Głośno wypowiedziane przeze mnie te słowa uzyskałyby tytuł eufemizmu roku.
Raz się śmieję, raz płaczę, rozpaczam, siedzę przygnębiona i gapię się w sufit. Idę na trzygodzinny spacer i wracam szczęśliwa jak świnka w błocie. To musi być menopauza. Chyba trochę za wcześnie. Sprawdzam kalendarz. Wszystko jak w zegarku. Może już powinnam brać jakieś hormony? Podobno rośnie od nich libido. Jak mi jeszcze wzrośnie, to żaden facet nie będzie przy mnie bezpieczny, nawet łysy kurdupel z jednym zębem do picia wody.

Zaraz, zaraz, kiedy ja ostatnio miałam takie zwariowane zmiany nastrojów? Nie, to bym Jezusa urodziła. Już wiem, kiedy musiałam podjąć jakąś trudną życiową decyzję. Coś zacząć. Coś zakończyć. A teraz zebrało się kilka życiowych i kilka tak zwanych biznesowych decyzji, z którymi nie umiem sobie poradzić.

Skoro już wiem w czym problem, siadam z notesem i analizuję. Co tak, czy siak będę musiała zrobić, choć nie bardzo mam na to ochotę, ale to dla wyższego dobra i przybliży mnie do celu? A może by tak rzucić się na to, błyskawicznie zrobić swoje i mieć już wszystko głowy?

– Słuchaj czasem własnych rad, kobieto – słyszę mój osobisty głos i oficjalnie mogę przyznać, że zwariowałam, bo gadam do siebie. – Krok po kroku. Powolutku, bez ciśnienia. Jak będziesz chciała zrobić wszystko na raz, przy pierwszej przeszkodzie się wyłożysz jak długa i już nie podejmiesz tematu.

– Ale to takie nudne – mój drugi głos jest marudny jak znudzone dziecko. – Szybko byłoby bezboleśnie.

– I nieskutecznie. – Rozsądna ja jest nieubłagana.

– Ale dlaczego zawsze wszystko ja muszę… ?

– Bo zawsze sobie jakoś radzisz. Tak wszystkich przyzwyczaiłaś, to tak masz.

– To ja wyjadę i nie wrócę – obraziłam się.

– No nie, bo nie będziesz miała do czego, głuptasie.

– A nie na tym polega niewracanie? Eeeee… nie ważne.

Siedzę sobie i rozważam za i przeciw. W jaki sposób kiedyś podejmowałam ważne decyzje? Jak małe dziecko. Jeśli czułam przez skórę, że powinnam coś zrobić, robiłam i końmi by mnie od  tego zamiaru nie odciągnęli. Jak już podjęłam decyzję, szłam jak tramwaj po torach do celu. Po kolei, krok po kroku realizowałam swoje marzenia i zamiary. Chciałam być tłumaczem, trzy miesiące później dłubałam pierwsza książkę, chciałam dom na wsi, cztery lata później się wprowadzałam. Chciałam mieć swojego konia i niedługo remontowałam cały budynek po krowach na stajnię. A jak coś było nie dla mnie, nie zrobiłabym nawet gdyby mi Kuklinowski boczków przypiekał.

Co się stało? Dlaczego nagle rozważam za i przeciw? Przecież i tak gdzieś w głębi serca wiem doskonale, co trzeba zrobić, a czego nawet patykiem nie tknąć. Chyba dlatego, że z perspektywy lat wiem, że nie będzie łatwo. Nigdy nie jest. Jak pomyślę, ile się namęczę, nazłoszczę i napocę nad tym wszystkim. Jednak patrząc wciąż z tej samej perspektywy, zawsze warto. Nie żałuje, że coś budowałam, a potem się rozpadło. Teraz wiem, że zawsze już będę umiała budować. Nie żałuję, że wiele razy zrobiłam z siebie idiotkę, bo nauczyło mnie to pokory i zmądrzałam. Nie żałuję, że uczyłam się rzeczy, których teraz nie wykorzystuję, bo po pierwsze zawsze jeszcze się może przydać, a poza tym, wszystko, czego się w życiu nauczyłam w jakiś sposób mnie ukształtowało.

– No dobra, to krok po kroku – zgodziłam się w końcu. – Ale chyba nie muszę być taka całkiem rozsądna?

– Nie, możesz sobie świrować ile chcesz, bylebyś robiła swoje, powoli i konsekwentnie…

– Hoooold on to me, cause I’m a little unsteady – śpiewają dalej X Ambassadors