Noga jak balon, goły tyłek i fontanna

 

Podczas spaceru Piotr z wrodzonym wdziękiem wpakował nogę w wykrot i tego wieczoru siedział w fotelu ze spuchniętą kostką. Okładałam mu kończynę mrożonymi warzywami i sama rozpaliłam w kominku, mrucząc przy okazji pod nosem przekleństwa na zły los, cholerny dom i własną głupotę, że zachciało mi się tu mieszkać. Za każdym razem gdy zaglądałam do paleniska, opadała na mnie lepka warstwa sadzy. Czułam się brudna i miałam ochotę się wykąpać, ale nie mogłam, bo chyba zamarzły nam rury.

Pewnie, że zamarzły. Na dworze było minus dwadzieścia,  a w oknach na dole brakowało kilku szyb. Ubrałam to, co miałam pod ręką: wielkie, czerwone spodnie dresowe Piotra, jego przepastną kurtkę i gumofilce rozmiar czterdzieści sześć. Zeszłam do piwnicy. Piotr poradził mi, żebym wzięła klucz francuski – to taki rozklekotany, metalowy wihajster przypominający papuzi dziób ze śrubką, ciężki jak skurczybyk – i żebym popukała w rury. No i pukałam. Pierwsza tylko pękła, druga składała się wyłącznie z rdzy trzymającej się na zamrożonej wodzie i gdy lekko w nią uderzyłam, rozpadła się na kawałki. Oczywiście, kiedy próbowałam zakręcić wodę papuzi dziób okazał się zupełnie nieodpowiednim kluczem.

– Żabką – podpowiadał Piotrek. Na skutek moich wrzasków stał już w otwartych drzwiach górnego mieszkania.

– Dlaczego nie mogę papugą? – zapytałam głośno i poczułam się trochę niemądrze.

– Jaką papugą?

– To znaczy francuzem – poprawiłam się. – Gdzie ta żabka?

– Na stole w holu.

Odnalazłam żabkę. Wyglądała jak papuzi dziób, tylko była mniejsza. Ścisnęłam ją nerwowo i pobiegłam do i tak już w połowie zalanej piwnicy. Starałam się zakręcić zawór, ale chyba nie ten co trzeba, bo kiedy został mi w żabce, woda wcale nie przestała lecieć, a właściwie to już tryskała w górę potężną fontanną.

– Co tam robisz? –  ryczał Piotr.

– Zakręcam. Ukręciłam już wszystkie zardzewiałe zawory w piwnicy. Czy mam teraz wysadzić w powietrze studnię?

– Nie – usłyszałam z góry i zauważyłam jeszcze jeden mały zaworek dość nisko, właściwie już pod poziomem lodowatej wody wpadającej falami do wielkich gumofilców.

Mocno związane w pasie spodnie dresowe, w których mogłabym zmieścić jeszcze sporą rumuńską rodzinę, nasiąkły wodą i zaczynały niebezpiecznie osuwać się z bioder. Mocząc rękawy zanurzyłam dłonie pod wodą i namacałam zawór.  Na tyłku poczułam świdrujący chłód. Pantalony spadły do wody, a ja pochylałam się, wypinając zadek w skąpych gatkach. Chyba zamiast zakręcić, odkręciłam zawór jeszcze mocniej, bo nagle fontanna wody wytrysnęła z nieistniejącej  rury pod dużym ciśnieniem i uderzyła mnie w twarz. Wpadłam do lodowatych piwnicznych pomyj.  Płuca ścisnął wszechogarniający chłód, chwytałam powietrze z głośnymi okrzykami „Och!”, „Ach!”, „Yyyyych!, jakbym miała właśnie orgazm stulecia. Starałam się wstać, ale ciężkie od wody spodnie krępowały mi kostki  niczym kajdany.

– Co tam się dzieje? Iwona, odezwij się – usłyszałam zaniepokojony głos Piotra.

– Już dobrze. Tylko wpadłam do wody – odpowiedziałam niepewnym głosem podzwaniając zębami.

– Już do ciebie idę – krzyknął i po chwili dotarło do moich uszu ciche kuś tyk, kuś tyk mojego wybawcy, zaraz potem bęc, bęc, bęc i zawodzące – Kur… jasny gwint… o ja pier…

Zmarznięta czekałam, co będzie dalej. I tak nie mogłam się ruszyć, żeby sprawdzić, co mu się stało, bo ręce zesztywniały mi z zimna i nie mogłam zdjąć butów i spodni. Po chwili Piotr pojawił się w drzwiach i zamiast brać się do roboty, wytrzeszczył oczy.

– A co…?

– Jak to co?

– Co ty wyprawiasz? – dziwił się dalej.

– Miałam się wykąpać – jęknęłam płaczliwie.

Najwyraźniej nie spodziewał się zastać swojej połowicy w zimnej, brudnej wodzie, z mokrą głową i nieodpowiednim kluczem. Po chwili ochłonął. Pokuśtykał do holu i wrócił z prawdziwą żabką,  z wyrazem ulgi na zbolałej twarzy włożył spuchniętą nogę do lodowatej wody, podszedł bliżej i zakręcił zawór. Potem pomógł mi wyskoczyć z gumofilców. Podtrzymywał, kiedy w ciężkim jak zbroja ubraniu człapałam po schodach. Chlupałam mokrymi, spadającymi ze stóp skarpetkami niczym kaczka z płaskostopiem.

– Wiesz, kochanie – pisnęłam – może jutro zajmiemy się wodą?

– Dobrze. Jeszcze mamy co pić. Zaraz dołożę do ognia.

Wieczorem noga Piotra spuchła jak balon, a ja opiekowałam się nim i paliłam w kominku bez szemrania.