Ratunku, umieram!

 

„Piszę do pani, bo już nie wiem, co mam robić…” Zdarzają mi się jeszcze ciągle takie maile w skrzynce, wiadomości na FB albo telefony podobnej treści. Ludzie pytają jak poradzić sobie z  koniem, jak go wyleczyć bez wydawania pieniędzy na weterynarza, jak namówić męża na terapię, jak wypełnić druk na dotacje, jak pozyskać pieniądze na nowy projekt i tak bez końca. Gdyby to były tyko pytania, to pół biedy, ale często ktoś oczekuje, że ja coś za niego zrobię. O tak , po prostu, bo wiem i umiem i dla mnie to będzie tylko 5 minut. Tyko, że to że to nigdy nie jest tyko 5 minut i poza tym, to 5 minut z mojego życia, a nie tej osoby.

Jeszcze do niedawna miałam poważny problem z rzucaniem się na ratunek każdemu, kto choćby pisnął, że coś go uwiera. Nie, nie twierdzę, że nie powinnam pomagać ludziom i zwierzętom w potrzebie, ale kiedyś chyba trochę przesadzałam. Zorientowałam się już jakiś czas temu, że gdy tylko ktoś powiedział, że mu źle, coś go boli, albo mu czegoś brakuje, ja reagowałam, jakby jakaś kulka w mojej głowie wpadła do właściwej dziurki i czułam się w obowiązku coś z tym zrobić. Teraz, choć kosztuje mnie to sporo wysiłku umysłowego, powstrzymuję się przed tym.  Robię to świadomie. Kiedy czuję, że kulka już leci do dziurki, wybijam ją z toru i mówię nie, tak w razie czego, a potem dopiero zastanawiam się, czy mam ochotę w to wchodzić. Narzuciłam sobie taki reżim głównie dlatego, że gdy tylko zaczynam wszystkim dokoła „pomagać”, liczba osób zatrważająco się zwiększa i kurczy się i tak niewielka ilość czasu, jaki mam tylko dla siebie.

Pomagałam obcym, znajomych, potrzebującym naprawdę i na niby. Wydawało mi się, że świat się zawali bez mojego aktywnego uczestnictwa w każdej poważnej „katastrofie życiowej” osoby, która się do mnie zwróci. Teraz z rozczuleniem obserwuję, jak ludzie, którzy wołali o pomoc zanim podjęli jakiekolwiek konkretne działanie, zaczynają radzić sobie sami. Zastanawiam się nawet, czy do tej pory nie zaszkodziłam im tylko rzucając wszystko i biegnąc na ratunek.

W życiu musi być równowaga, więc dziś mam raczej nastrój pod tytułem: „Radźcie sobie wszyscy sami, bo archetyp Matki Teresy nieco mi wyblakł i pora, żebyście wszyscy dorośli.” To na szczęście tylko faza, w której wahadło wysunęło się w przeciwną stronę niż dotychczas i pewnie niedługo odnajdę w tym jakąś równowagę. Jeszcze przez jakiś czas będę musiała być w tym temacie ostrożna, bo poczucie odpowiedzialności za los innych to trudny i uzależniający schemat. Gdy już uda nam się coś zaradzić, to mimo że ledwie zipiemy ze zmęczenia,  mamy duże poczucie sprawczości i mocy. Nasze ego jest mile połechtane. No i jak tu nie wracać odruchowo do takiego stanu? Mmmmmmmmmm. Może właśnie robiąc sobie przestrzeń do mówienia NIE. I dobrze, żeby to NIEbyło pełnym zdaniem, bo kiedy zaczynamy tłumaczyć się dlaczego NIE… jesteśmy znów w czarnej na cztery litery.