Strach

Prosto z podwórka wmaszerowałam do salonu. Na moim fotelu siedziała Ania, czarne długie włosy, jak zawsze czarne ubranie i uśmiech na mój widok, aż się człowiekowi ciepło robi. Przyjechała właśnie z Olsztyna na swoim nowym, wielkim motorze, żeby mnie przewieźć. Machina waży chyba 200 kg rozpędza się do 200 na godzinę i lubi jeździć po trudnym terenie.

– To co, wypróbujemy? – zapytała Ania.

–  No, znaczy… nie wiem.. – kwękałam, zastanawiając się dokąd uciekać. Ostatnio jeździłam na motorze, oczywiście jako pasażer, lat temu więcej niż mają niektórzy moi dobrzy znajomi. Czy to świadczy o tym, że jestem stara, czy, że mam za młodych znajomych? – pomyślałam, jak zwykle odbiegając truchtem od trudnego tematu.

– Nie namawiam i rozumiem. Nic na siłę – odparła, ale ja już stałam przy biało-czerwonym potworze. – Przytul się i rozluźnij. Po zatrzymaniu ja stawiam nogi pierwsza i powiem ci, kiedy możesz zejść. W głębokim piachu możemy się położyć, ale nic się nie martw – usłyszałam, kiedy już mościłam tyłek na siedzeniu.

Głośne „Teraz mi to mówisz?!” wiatr wepchnął mi z powrotem w usta, bo Enduro już gnał po nierównej polnej dróżce. Kasku nie wzięłyśmy. Był tylko jeden, a Ania uznała, że źle nam się będzie gadać w czasie jazdy. Na polnej drodze było cudownie, piękny widok, motor podskakiwał zabawnie na wybojach i trzeba było trochę amortyzować. Strach pojawił się dopiero kiedy wyjechałyśmy na główną drogę i Ani ulubieniec pędził po asfalcie aż rzęsy próbowały mi się schować pod powiekami. Jak przez mglę zza ramienia kumpeli widziałam ciemną wstążkę drogi i rozmazane drzewa po bokach. Przy pierwszym zakręcie odruchowo zamieniłam się w spławik, ale przypomniałam sobie, że mogę wywrócić w ten sposób motor i rozluźniłam mięśnie. Co będzie, to będzie. co będzie, to będzie, powtarzałam jak mantrę. Na nic nie miałam wpływu, mogłam się tylko poddać i wyluzować. W sumie, to nawet fajne, uśmiechnęłam się i garść czarnych włosów wpadła mi do buzi. Moje własne, rude,  jak płomienie malowane na samochodach powiewały w nieładzie.

– Teraz możesz wstać- usłyszałam krzyk. – Oprzyj się rękoma na moich ramionach i wyprostuj nogi.

Nie wierzę, że to robię, nie wierzę, że naprawdę to robię, w myślach tworzyłam nową mantrę i powoli wstawałam. Jeśli to kryzys wieku średniego, mam szansę dożyc dziewięćdziesiątki, przemknęło mi przez głowę i wrzasnęłam na całe gardło.

Czasem w trudnych sytuacjach obserwuję strach w oczach swoich koni i porównuję go ze swoim. Jest taki jak przy jeździe na motorze, impulsywny, wybucha gwałtownym ogniem i za chwilę jest już tylko kupka popiołu, a koń prycha, żeby wyrzucić nosem ten popiół. Do następnego przerażającego parasola albo zająca koń nie wie nic o istnieniu takiego uczucia. Ten strach lubię, Po gwałtownym zastrzyku adrenaliny, szybko wskakują w żyły dopaminy i rozprzestrzeniają się po całym ciele wielkim, kolorowym szczęściem ulgi.

Jest we mnie również inny strach. Ten żarzy się jak drucik w tradycyjnej żarówce, czasem błyśnie mocniej, ale nigdy do końca nie gaśnie. Nie, nie, zaraz, gaśnie wtedy, gdy jestem zbyt zajęta, żeby się nim zajmować. Znika, kiedy przestaję dorzucać paliwo i leciutko dmuchać myślami rodem z przyszłości i przeszłości. Co było, co będzie, co będzie jeśli będzie, a co by było, gdyby było, wszystkie te myśli działają jak miech w piecu kowalskim. Strach umiera dopiero, kiedy jestem teraz i nic innego prócz jestem nie jest teraz ważne.

Całkiem niedawno znów stała się dla mnie problemem jazda konna. Dysk wysuwa mi się nieco spomiędzy kręgów w lędźwiowym odcinku kręgosłupa i tworzy miejsce dla strachu i bólu. Sporo tego miejsca. Kiedy wkrada się ból, strach znika, bo i tak w siodło wsiadać nie mogę, ale kiedy ból ustępuje, strach zaczyna się panoszyć jak u siebie i ostrzega mnie przed rządami bólu. Tak jak w naszej polityce, co bym nie wybrała, mam przekichane. Cała ta przedwyborcza kołomyja dzieje się w mojej głowie zanim jeszcze wsiądę na konia. Po kilku krokach w siodle, kiedy okazuje się, że nie nastąpiła przewidywana katastrofa, zapominam o co mi właściwie chodziło z tym strachem i zajmuję się koniem, sprawdzam jak chodzi, kiedy się rozluźnia, jak odpowiada na impuls, czy podażą za moim skupieniem uwagi.

Wygląda na to, że w niektórych dziedzinach życia nie lubię się bać, bo jak tylko natknę się na coś, co mnie wystarczająco przeraża, natychmiast postanawiam się  tym zmierzyć. W innych pielęgnuję każdy najmniejszy nawet straszek, zapewniam mu żarcie, wikt i opierunek sugerując, żeby pozostał ze mną na zawsze.

W jeździe konnej chyba więcej korzyści mam z jazdy, więc ze strachem muszę sobie radzić. Kilka lat temu po brzydkim upadku na macie przez pół roku nie jeździłam. Proces powrotu był dość ciężki, ale go przeszłam. Wiem jak to zrobić i znów się za to zabieram… bardzo powoli.

Znam procedurę, przećwiczyłam to z wieloma końmi, a i tak serce bije mi nieco szybciej. A co jak mi prztyknie w plecach i tak się dziwnie skurczę w środku, że nawet nie będę mogła zsiąść? Staję na schodkach, oddycham głęboko kilka razy, proszę konia o ustawienie się przy mnie na tyle precyzyjnie, żebym bez żadnych wygibasów mogła na niego wsiąść. Strzyże uszami i zastanawia się, gdzie widzę to zagrożenie, które on czuje w mojej wibracji.

– To nic, słonko. Tylko moja głupota – grucham uspokajająco.

Koń schyla głowę i przymyka oczy. Wsiadam i odruchowo chwytam wodze. Easy, myślę sobie i puszczam je z powrotem, ale koń już podniósł głowę, bo pomyślał, że coś powinien zrobić. Przecież dałam sygnał. Zaczynam się wiercić, układając siodło równo po obu stronach grzbietu konia. Jeszcze kilka oddechów i wysuwam prawą dłoń z luźno wiszącymi wodzami nieco do przodu. Koń rusza wolno i po chwili zaczyna oglądać się za siebie. To na mnie zerka nieco zdziwiony.

– Dobra, rozluźniam – mówię i świadomie przyglądam się swemu ciału. Z każdym krokiem konia bardziej się rozluźnia. Spoglądam w stronę pachołka, koń podąża za moim wzrokiem, skupiam się na torze wokół maneżu, chwilę idzie równo, a potem odchodzi od ściany. Ok, tu musimy poprawić. Znów jestem w teraz. Znów nie ma miejsca na strach.