Święta już byłam, dziękuję

Upał, duszno, 100 procent wilgotności, cudowny czas dla roślin. wychodzę na ganek i słyszę szum, a po chwili na moim ciele tańczą chodne krople deszczu. Przyjemnie. Z miską w dłoni idę do ogródka i zastanawiam się, czy ta burza, na którą się zanosi od kilku dni właśnie ma zamiar się objawić, czy nie. Jeśli to własnie ona, trzeba będzie ściągnąć z pastwiska klacze ze źrebakami. Deszcz się nasila, a ja biegnę po sałatę. Pomidorów jeszcze w tym roku nie mamy, ogórków też nie, ale sałata i rukola są pyszne.

W domu przygotowuję zieleninę, myję, suszę, solę, polewam oliwą z oliwek i cytryną. Wyjmuję gotową rybę z piekarnika i przybieram miętą z ogrodu. Nakładam na talerze i uśmiecham się do nich, jakby mi sprawiły przyjemność samą swoja obecnością. Niosę pełen talerz dla Piotra.

Piotr, mój mąż wylądował na fotelu przed telewizorem jakieś pięć lat temu. Pięć lat wcześniej zdiagnozowano u niego stwardnienie rozsiane. Od tej pory, nieuchronnie jak po równi pochyłej jego sprawność fizyczna, umysłowa i duchowa spadają. Coraz gorzej się porusza, coraz słabszy ma refleks, coraz mniej wyraźnie mówi i coraz gorszy ma humor. To było długie dziesięć lat.  Próbowałam wszystkich możliwych kuracji, suplementacji, wahadełek, zaklęć, modlitw, pijawek, akupunktury i bioenergoterapii. Przez cały ten czas nauczyłam się tylko tyle, że ja na swoich plecach nikogo do lepszego zdrowia i samopoczucia nie zaniosę. I przestałam próbować. Pielęgnowałam w sobie przekonanie, że jako żona chorego człowieka powinnam poświęcić całą swoją energię i pomysłowość na to, żeby mu ułatwić życie. Bardzo chciałam być święta, ale całkiem niedawno aureola mi się przekrzywiła i nie chce wrócić na swoje miejsce.

Stawiam talerz na stole obok Piotra. Ożywia się i zdejmuje słuchawki. Telewizję ogląda w słuchawkach, bo denerwuje go moja krzątanina po kuchni.

– Jeśli ta sałata jest z piachem, to nie będę jej jadł – ostrzega rozczarowany tym, co widzi na talerzu.

Nie komentuję, bo jego sałata zawsze jest z piachem. Moja nigdy.

– A ta ryba to co?

– Sandacz, świeżutki i dziki – odpowiadam wychodząc.

Nie chce mi się słuchać tego, co za chwilę powie. I tak wysłucham, ale przynajmniej nie będę musiała oglądać zdegustowanej miny.

– A, to dlatego tak śmierdzi portem.

Wzruszam ramionami, biorę swój talerz i idę jeść na górze, w swoim pokoju. Przywykłam jeść w samotności. Paweł, mój syn też nie lubi kuchni, bo przylega do salonu, gdzie jest telewizor. Wcale mu się nie dziwię. Szkoda, tak sobie kiedyś z miłością i radością tę kuchnię urządzałam, a teraz zbiegam, żeby jak najszybciej coś przygotować i uciekam na górę zjeść na biurku przed laptopem.

Czas na zmiany, pomyślałam. Następnym razem chociaż lody zjemy razem. Na lody Piotr będzie mało narzekał, a właściwie będzie pewnie tylko narzekał, że za mało. Próbuję sobie wyobrazić, jak on je te lody z kneblem w buzi i uśmiecham się do siebie. Coś wykombinuję. O, może częściej będę zapraszać znajomych na kolację. Albo będzie mniej narzekał, albo po prostu ludzie się dowiedzą, że nie święci w wózkach inwalidzkich siedzą i nie święci się nimi zajmują.