Trening nocnikowy

– Mamo, co robisz?

– Kremuję buzię.

– A po co?

– Żeby była ładna.

– A kiedy ten krem zacznie działać?

Takie anegdotki kiedyś w swojej szczerości wyprodukowały nasze własne dzieci. Każda matka ma na zawołanie kilka równie zabawnych. Mój syn, na przykład, kiedy rozgryzał polską gramatykę tak zaczął rozmowę :

– Sąsiadka i sąsiadek wyszli na podwórko.

– Sąsiad, synku, mówi się sąsiad, nie sąsiadek – poprawiłam go.

– No, niech ci będzie, sąsiada i sąsiad .

Logiczne i zabawne. Wszystkie kobiety chwalą się takimi chwilami z pierwszych lat macierzyństwa. Najzabawniejsze jest to, że opowiadamy je na nowo, kiedy nasze dzieci są już zupełnie dorosłe. Trzeba mieć sporo zdrowego poczucia humoru, żeby wysłuchiwać, jak mama z dumą relacjonuje twojej znajomej szczegóły treningu nocniczkowego sprzed dwudziestu, trzydziestu lub czterdziestu lat. Zwłaszcza, jeśli po minie kobiety poznajesz, że już cię widzi, całkiem dorosłego,  na niebieskim nocniczku z Kubusiem Puchatkiem i z melodyjką rozbrzmiewającą entuzjastycznie tuż po załatwieniu sprawy.

My mamy tak mamy i nie możecie nam odbierać tej przyjemności. Odkrywanie waszych zapomnianych tajemnic, zwłaszcza tych zupełnie idiotycznych, śmiesznych i troszkę żenujących, jest naszym prawem i pozwala nam ciągle jeszcze czuć się mamą. Gdy w towarzystwie innych kobiet  pokazujemy roznegliżowane zdjęcia przedorosłego już niemowlaka, wszystkie wpadają w zachwyt, chichoczą na widok tłuściutkiej pięcioletniej baleriny i chuderlawego  batmana w obwisłych czarnych rajstopkach. Dla nas wasza śmieszność, chuderlawość i zbyt duże w stosunku do niemowlęcego ciałka klejnoty, to powód do matczynej dumy. Kochamy to, kim byliście i kim teraz jesteście. Wszystko, co w życiu wymądrzyliście, wygłupiliście, schrzaniliście i zdobyliście jest dla nas ważne, bo to was kształtowało.

Każdą waszą porażkę w dorosłym życiu widzimy z tej samej perspektywy, co gruchnięcie pieluchą o podłogę podczas pierwszego samodzielnego spaceru. To tylko nauka.

Każdemu z czasem zacznie to wychodzić. W końcu znajdzie tego jedynego i będzie miała dzieci. W końcu po czterdziestce dowie się, kim chce być kiedy dorośnie. W końcu odnajdzie równowagę i przestanie gonić za własnym ogonem.

Gdyby tylko każda z tych matek tą samą miarką mierzyła własne porażki, nauczyła się upadać i wstawać, próbować i nie dawać rady, przyjmować dezaprobatę i podziw na klatę. Gdyby tylko każda z nas potrafiła z równą pobłażliwością i miłością patrzeć na swoje klęski i dokonania. Chyba pora odwiedzić mamę i po raz setny posłuchać, jak podczas występu w przedszkolu ze zdenerwowania zrolowałam pod samą brodę całą sukienkę i wszyscy podziwiali moje różowe rajstopki i goły brzuszek.