Trup i tajemniczy tunel, albo odwrotnie

Zaabsorbowana życiem na wsi, psami, kotami i wnykami nie miałam czasu na pracę. Zbliżał się termin oddania kolejnego tłumaczenia, a ja miałam w komputerze marne pięćdziesiąt stron książki. Postanowiłam popracować w nocy.

Biurko stało w sypialni. Kiedy moje palce stukały w klawiaturę niczym skromny balecik stepujących myszy, Piotr warczał i gwizdał w łóżku. Od lat miał kłopoty z przegrodą nosową i zwiotczałe mięśnie podniebienia, skutkiem czego chrapał co noc, a ja zdążyłam się do tego tak przyzwyczaić, że bez tej kołysanki nie potrafiłam zasnąć.

Udało mi się wystukać jakieś dziesięć stron, gdy nagle zapadła ciemność.

– Co jest? – mruknęłam do siebie i zeszłam na dół sprawdzić główne zabezpieczenie.

Przez te ciągłe wyłączenia prądu – wiosną z powodu bocianów wpadających na druty, latem burz, a jesienią wichur – byłam ekspertem od korków. Naturalnie, wywalały zawsze wtedy, kiedy Piotr znikał z domu. Chcąc nie chcąc nauczyłam się sprawdzać, wymieniać, a nawet (Uwaga, nielegalne i niebezpieczne!) drutować korki.

Główne zabezpieczenie znajdowało się w piwnicy. Zeszłam tam, mając nadzieję, że szczury już śpią. Nigdy za nimi nie przepadałam i nie miałam ochoty się do nich przyzwyczajać. Zwykle do piwnicy schodził Piotr, a ja zaglądałam tam tylko w nagłych wypadkach. Ten do nich należał.

Przysunęłam świecę do skrzynki z korkami i zamarłam. Wszystkie były popalone, nawet obudowa wyglądała, jakby przyjechała prosto z kopalni. Cofnęłam się o krok i oparłam plecami o ścianę. I niesłusznie, bo ściany już tam nie było. Przeleciałam przez dziurę, chlapnęłam sobie gorącym woskiem na czoło, zgasiłam świecę we włosach, po czym wykonałam niezgrabne salto. Na koniec wyładowałam na wyjątkowo kościstym ciele. Nie powinnam narzekać, bo mogłam spaść na stertę gruzu, na której leżał chuderlawy facet.

– Uff! – usłyszałam za sobą, a potem śmierdzący chudzielec zaczął nerwowo łapać powietrze w płuca.

Wstałam, wbijając mu przy okazji łokieć w żałośnie wklęsłą powierzchnię w jego przypadku przez nieporozumienie nazwaną brzuchem, Wyciągnęłam z kieszeni zapalniczkę i oświetliłam brudną czaszkę obleczoną skórą. Mężczyzna wyglądał jak Edek Bobrowski, brat Bena. Patrzył na mnie bardziej niż zwykle ogłupiałym wzrokiem, a w dłoni ściskał kilof.

– Co pan tu robi? Dlaczego wykuł pan dziurę w ścianie? – miauknęłam niepewnym, piskliwym głosikiem siląc się na oskarżycielski ton.

– Hu, hu – dyszał. – Tunel chcielim znaleźć. – Rozejrzał się i wyraźnie ucieszył na widok dziury w ścianie. – No i chyba znaleźlim. Alem się zamachnął z całej siły i przyfanzoliłem w ścianę! A potem… coś mnie jebło! Dalej to nie pamiętam. – Rozejrzał się znów, jakby czegoś szukał. – A te skurczybyki zwiali!

Kwadrans później Piotr zamykał na kłódkę drzwi do piwnicy, w której bracia Bobrowscy odnaleźli wejście do tunelu. Rano wyjaśniła się sprawa korków. Edek uderzył kilofem osadzonym na metalowej rurze w puszkę w ścianie. Poraził go prąd. Jego bracia, przekonani, że nie żyje uciekli i schowali się w altanie za parkiem. Mężczyzna leżał przez chwilę na stercie gruzu i nie oddychał, póki ja na niego nie wpadłam. Gdybym wiedziała, że w ten sposób uratuję mu życie, starałabym się jednak zlecieć na stertę cegieł. Co za pech!

Po kłótni z Bobrowskimi, którzy uważali, że należy im się znaleźne, po postraszeniu ich policją i grubym kijem (to drugie okazało się bardziej skuteczne) mogliśmy nareszcie sprawdzić, co kryje się w tunelu. Znaleźliśmy jedynie kilometr śmierdzącej, od stu lat nie wietrzonej ceglanej rury. Drugi koniec był zupełnie zasypany. Wzbogaciliśmy się o brud na ubraniach, alergiczny katar i dwie butelki starego wina. Żadnego skarbu nie było. Naturalnie nikt nam nie uwierzył i gdy miesiąc później wzięliśmy kredyt na remont domu, podejrzewano nas o to, że sprzedaliśmy skarb i żyjemy z odsetek od fortuny dawnych właścicieli. Szkoda, że to nie prawda i że odsetki to my będziemy płacić jeszcze jakieś dwadzieścia lat.

Paweł z dumą opowiadał dzieciom zza rzeczki o naszym tunelu. Myślał nawet o rozkręceniu własnego interesu i wpuszczaniu tam dzieci za niewielką opłatą, ale nie mogliśmy się na to zgodzić, bo nie byliśmy pewni, czy tunel się nie zawali.

– Swoją drogą, skąd u niego taka żyłka do biznesu? – dziwił się Piotr patrząc na mnie podejrzliwie.

W kwestii pieniędzy zawsze był wyjątkowym ciamajdą. Forsa nigdy się go nie trzymała. Zawsze zaczynał coś absolutnie genialnego, co miało przynieść nam kupę kasy, ale po drodze zamieniało się w kupę. Kropka. Na szczęście jakimś cudem, czego ja się nie tknęłam zamieniało się w złoto. Nie żebym się jakoś starała i przywiązywała znaczenie do finansowych wyników tego, co robię. Goniłam tylko za tym, co mnie w danej chwili fascynowało, a pieniądze pojawiały się jakoś niechcący.

– No cóż- zastanawiał się Piotrek. – Łeb do interesów może będzie miał po babce Chlebowskiej.