Tunel pod pałacem, Kleopatra i maraton po schodach

Rozbudzona naszymi pytaniami na temat grobu w parku,  rozrośnięta jak wymiona krowy rekordzistki dodawanymi przez lata szczegółami i ubarwiona panującą we wsi biedą powróciła do wsi po latach legenda o tunelu pod „pałacem”. Początkowo bawiły nas te opowieści, ale kiedy park i okolice domu stały się celem pielgrzymek naszych sąsiadów, miny nam zrzedły.

– Dzień dobry, panie Sarnowski. Co pan tu znowu robi? – jęknęłam ze zniecierpliwieniem widząc myszkującego w krzakach starszego pana, któremu podagra całkiem przeszła na myśl o skarbach w pałacowym tunelu.

– Aaaa… dzień dobry. Na grzyby przyszedłem.

– W maju? W taką suszę? Przecież pan wie, że w tym parku nie ma nic prócz śmieci. Tunelu też pan nie znajdzie. Już wszyscy szukali.

– Ja tam nic nie wiem o żadnym tunelu – żachnął się Sarnowski. – A kto tu skarbów szukał ?

– Prawie wszyscy. Codziennie kogoś z parku przeganiam. Wczoraj nawet przyjechała grupa z miasta. Mieli wykrywacze metali.

– No tak, z takim sprzętem! – westchnął.

– A jacy byli uparci. Za drzewami się pochowali i nie chcieli się wynosić. Ktoś im musiał w sklepie naopowiadać o tych skarbach. Pewnie mu wódkę postawili.

– Eeee tam, marne dwa „gumisie”. Sknery jedne – poskarżył się, a potem stropił nieco i zaczął nerwowo szurać nogami.

– A jak by my tak razem poszukali? Może by my co znaleźli? Ja bym tam dużo nie żądał dla siebie. Tylko na skrzynkę wódki i zakąskę.

– Do widzenia, panie Sarnowski – zburzyłam nadzieję na wielkie picie. – Dość już mam tego szukania.

Po kilku tygodniach w parku nieco się uspokoiło, ale za to zaKOTłowało w domu. Wspomniany kot trafił do nas przypadkiem, jak prawie wszystko, co tu żyje. Pewnego dnia, bez zapowiedzi pod bramą zjawił się znajomy ze studiów, obecnie redaktor w lokalnej gazecie.

– Chyba wypadła z balkonu na osiedlu, bo wałęsała się po podwórku wyjąc jak oparzona – obwieścił, wchodząc do domu z torbą, z której wystawała skudłacona, owłosiona głowa. Kot patrzył na nas z przerażeniem. Wypuszczony z torby Kacpra pokuśtykał pod kanapę i siedział tam przez dłuższą chwilę. – Ma na imię Kleopatra, kulała, kiedy ją znalazłem, ale nie miałem czasu iść z nią do lecznicy. Przez cały tydzień rozwieszałem plakaty, szukałem właściciela, ale nikt nie zadzwonił.

Kot był chudy jak kartka papieru i nieprzyzwoicie brudny. Od kiedy Kacper pracuje w gazecie nie ma na nic czasu. Mógłby go chociaż wykąpać, oburzałam się w myślach. Po godzinie oswajania się ze spodem kanapy, kot postanowił w końcu wyjść. Szybko zorientował się, że najwygodniej mu będzie na kolanach Piotra. Kacper wyjechał, a my mogliśmy nareszcie bliżej przyjrzeć się znajdzie. Zrozumieliśmy, że nie mamy do czynienia z kocią damą lecz kastratem. Wobec powyższego nadaliśmy mu imię Kastro. Sierść miał w nieładzie, biodro przetrącone, zęby zielone, a sam smród z pyska mógłby zabić mysz.

– Nadaje się – obwieściłam, ale nie dodałam, do czego.

Tego wieczoru kot, oczywiście, wbrew mojej woli wylądował w naszym łóżku. Musiał je jednak w nocy opuścić, bo obudziło mnie:

– Uuuu, uuu, uuu.

Wyskoczyłam z pościeli.

– Co się dzieje? – mamrotał zaspany Piotr.

– Nie wiem, coś wyje… jakby foka.

Powoli ruszyłam w kierunku, skąd dochodziły odgłosy.

– Wiesz, mamo – zaczął na mój widok Paweł wcześniej niż ja wyrwany ze snu. – Musimy zamykać śmietnik. – Wskazał pobojowisko na kuchennej podłodze.

Pochylił się i zdjął dziurawe slipki Piotra z kości, którą kot wywąchał pod nimi w pojemniku na śmieci.

Rano wszystko mnie swędziało. Na łydkach miałam ślady pchlich ugryzień. Miałam nadzieję, że Kacpra też pożarły.  Nasz nowy koci nabytek mimo ostrych (dosłownie) protestów, został owinięty w szmatę, wrzucony do wanny i dokładnie wykąpany, a jego podobne do foczego pojękiwanie nareszcie miało jakieś uzasadnienie. Zemścił się dotkliwie polując na muchę. Postrącał wszystkie bibeloty pieczołowicie poustawiane na półkach i odkurzane od czasu do czasu z miłością. Uratowaną ich część włożyłam do szuflad i obwieściłam stanowczo:

– Kot musi iść na dwór!

– Choć – zwrócił się do Kastra Piotr. – Nie ma rady. Zadarłeś z bibelotami mojej żony.

Zabrał szkodnika i zszedł z nim na dół. Usłyszałam jak otwierają się drzwi, a Piotr mówi głośno:

– Tu sobie teraz rozrabiaj.

Drzwi się zamknęły, a po trzydziestu sekundach kot był już na moich kolanach.

– Gdzie on jest? – syknął przez zęby zdyszany Piotr. Gdy zamykał drzwi kot przemknął mu pod nogami i szybciej niż on wbiegł na górę.

– To dla zdrowia, kochanie – pocieszałam z wyraźnym oczekiwaniem na powtórzenie czynności.

Po piątej rundzie Piotr był już odrobinę zniecierpliwiony, a Paweł z radością obserwował kolejny szybki powrót kota. W tym pojedynku otwarcie dopingował mniejszemu, ale szybszemu zawodnikowi.

– To mnie zabije – jęknął Piotr, schodząc po raz szósty. – Swoją drogą, ciekawe, którędy teraz wróci – dodał i zszedł na podwórze.

Nie minęło dwadzieścia minut, a kot pokonał trasę z drzewa na dach, z dachu przez wywietrznik na strych, ze strychu dziurą przecisnął się do garderoby i usłyszeliśmy:

– Uuu, uuu, uuu.

– Przysiągłbym, że ma zwycięską minę – chichotał Piotr, otwierając drzwi do garderoby. – To co, już dość tego sportu?

Kot chyba też się zmęczył, bo resztę dnia przespał na kanapie w salonie, a na noc dostojnym krokiem sam wyszedł z domu.