Wyznanie miłości

– Cirik, cirik cirik – awanturuje się rano ptaszek na gałęzi pół metra od okna sypialni. – Cik, cik, cik, cik, cik – drugi wydaje się jeszcze bardziej zdeterminowany, żeby mnie obudzić.

Słońce wpycha mi pojedyncze smugi światła pod powieki uparcie wyciągając do świata przytomnych, choć niekoniecznie przebudzonych. Powoli rozciągam wszystkie części ciała, zupełnie jak bym się rozpakowywała po sennej podróży. Wstając wsłuchuję się w symfonię za oknem. Jakim cudem to wszystko jest przyjemne dla ucha? Przecież każdy z tych ptaków wydziera się z sobie tyko znanego powodu, a razem brzmią harmonijnie.

Z kubkiem  pełnym świeżo zaparzonej kawy z niedawno odzyskanego z naprawy ekspresu wychodzę z domu i siadam na fotelu na podeście schodów. Oddycham z przyjemnością. Wdech, słodkawy zapach jaśminu w nozdrzach, wydech, uczucie ulgi i myślowego wypróżnienia. Brzęcząco-drażniące plany na cały dzień, tydzień, rok i dekadę znikają na chwilę i pojawia się łagodna, melodyjna jak śpiew ptaków refleksja.

Kocham to miejsce miłością dojrzałą. Po tylu latach nareszcie to rozumiem. Doceniam każdą gałązkę, trawkę, każde dwustuletnie drzewo i obdrapaną ścianę budynku. Piętnaście lat temu byłam w nim po prostu zakochana, zachwycały mnie drzewa, wzgórza, zieleń i przestrzeń. Nie widziałam wad. Starałam się nie myśleć o tym, że tu zawsze wieje, piaszczyste wzgórza nie zatrzymują wcale wody, a budynki bardziej niż do remontu nadają się do wysadzenia w powietrze. Widziałam tylko potencjał. Jak świeżo upieczona małżonka myślałam wciąż o tym, że wiele zmienię w swoim oblubieńcu, że powoli wyzbędziemy się wszystkich wad i będziemy doskonali.

Znalazłam swoje notatki sprzed piętnastu lat i przypomniałam sobie pierwsze spotkanie z Czerńcem, które już później zawsze nazywałam Piekłem Górnym:

Piotr wrócił do domu po kolejnej wizycie w Agencji. Nie był jak zwykle przybity i wściekły. Nie zdjął butów, nie wypił kawy, tylko rzucił mi od progu:

– Ubieraj się, jedziemy!

Przed wyjściem wyjaśnił jedynie, że udajemy się gdzieś, coś zobaczyć. Po drodze nie mówił ani słowa. Podejrzane, pomyślałam. Rzadko zdarza mu się milczeć dłużej niż dwie minuty. Miał minę hazardzisty, który właśnie dostał cynk, że w trzeciej gonitwie, obstawiany sto do jednego koń o imieniu Syzyf tym razem na pewno przyjdzie pierwszy.

Przemierzaliśmy dziurawymi, asfaltowymi drogami nieznane wiejskie okolice już pół godziny, a Piotr nie przestawał się tajemniczo uśmiechać. W końcu przy zielonym znaku z napisem „Piekło Górne 1” skręciliśmy na wyłożoną krzywym kamiennym brukiem dróżkę wcinającą się pomiędzy pola. Wiodła wprost do lasu. Przemknęło mi przez myśl, że oszalał, chce mnie zabić i pochować w tym lesie. Uspokoiłam się, kiedy trafiliśmy na zarośniętą trawą bramę. Tuż za nią zobaczyłam rozległe podwórze i ogromny, mocno zrujnowany dom. Przypominał mi miejsce, w którym się urodziłam i gdzie wciąż mieszka moja osiemdziesięciopięcioletnia babcia.

Był początek września, na starych dębach otaczających podwórze, dom, dwie obory oraz stodołę liście już zaczynały rdzewieć. Czułam przenikający cienką, flauszową kurteczkę chłód. Wiał silny wiatr, przez chwilę nawet padał deszcz. Pomyślałam, że jestem w siódmym niebie. To był mój dom! Potężna bryła międzywojennego dworu zlewała się z tłem brunatnych pni parkowego zadrzewienia. Powybijane oczy okien, częściowo zakryte folią, kołdrami i kocami straszyły swoją ślepotą. Mansardowy dach, niegdyś z pewnością pokryty dachówką obłożono szarymi płytami eternitu. W wielu miejscach z szaro-zgniłej elewacji odpadł tynk ukazując nagie fragmenty ceglanego muru.

Ty biedaku, rozczuliłam się. Co oni ci zrobili?! Dotarło do mnie, że przepadłam, zakochałam się w stuletniej ruinie i nigdy już nie będę szczęśliwa, jeśli tu nie zamieszkam. Skąd Piotr wiedział, że mi się spodoba? A co będzie, jeśli ktoś już kupił dom? Chrzanić całą resztę świata, której jeszcze nie widziałam. To miejsce mogę oglądać do końca swoich dni.

– Okropnie, prawda? – Piotrek napawał się widokiem mojej szczęśliwej miny.

– Tak, okropnie. Kiedy możemy to kupić?

Na pewno spodziewał się właśnie takiej odpowiedzi.

– Trzeba będzie przystąpić do przetargu. Chcą za to siedemset tysięcy.

– Yyyyyyy – jęknęłam, a spod rzęs już cisnęły się łzy. – To jakaś dziwaczna tortura? Po co mi pokazujesz coś na co nas nie stać?

– Nie, nie martw się. Można wziąć na raty. Wystarczy, że sprzedamy mieszkanie i będziemy mieli dziesięć procent na wadium.

Z perspektywy czasu widzę, że wszystko wokół mnie zawsze było, jest i będzie doskonałe. Moim zadaniem jest mu tylko pomóc zmieniać się w kierunku najbardziej dla tego miejsca naturalnym. Ta farma to spory kawałek miejsca na ziemi, które tętni życiem i jakąś szczególną energią. Kiedyś bardzo chciałam zachować ją tylko dla siebie, byłam zazdrosna, gdy ktokolwiek się tu krzątał i robił swoje porządki. To wszystko było moje i miało być tak cudowne tylko dla mnie. Po latach zrozumiałam, że mogę się nim dzielić z innymi, nie uszczuplając go, nie niszcząc i nie czując już tego zaborczego ukłucia zazdrości, że ktoś się temu wszystkiemu przygląda i zakochuje się tak jak ja, gdy to pierwszy raz zobaczyłam.