Zdrowie pięknych pań i Aldony

 

Jeszcze za czasów ogólniaka, moi koledzy czasem dla żartu wznosili toast: „Zdrowie pięknych pań… i Aldony.” Moja przyjaciółka, Aldona dobrze znosiła ich żarty, a mnie dopiero niedawno przyszło do głowy, że niekoniecznie musiała się z tym dobrze czuć. Dlaczego akurat teraz na to wpadłam? Pewnie dlatego, że sama to przeżyłam.

Ostatnie dziesięć lat życia było dla mnie dość trudne i choć wydawałoby się, że dzielnie wszystko znoszę, a moja psychika radzi sobie z przeciwnościami losu i piętrzącymi się obowiązkami bez problemu, moje ciało zmieniało się powoli aż do stanu, w którym przestałam rozpoznawać się w lustrze. Przybrałam 30kg, włosy i skóra zrobiły się matowe i zaniedbane, paznokcie połamane z wiecznym frenczem. Dostosowałam do tego nawet strój: na co dzień czapka z daszkiem nasunięta na oczy, podarte, brudne dżinsy i rozwleczona albo za ciasna koszulka. W zimowej wersji wielgachne ciuchy mojego męża, których on już nie nosi.

Tak mi było wygodniej i bezpieczniej. Przynajmniej nikt nie zwracał na mnie uwagi. Tłumaczyłam sobie, że przecież jestem na wsi, że to taka brudna, fizyczna robota, że i tak mnie nikt nie widzi, a jak widzi, to nie zwraca uwagi na to, jak wyglądam. Fizycznie nie istniałam. Za to zawsze przecież byłam wesoła, wygadana, inteligentna i po prostu życiowo mądra. Cóż, chyba mniej niż należałoby się spodziewać.

Pierwszy niechcący próbował mnie obudzić dobry znajomy, stateczny mąż i ojciec, zwykle uprzejmy, miły i pomocny. Kiedy zobaczył moje zdjęcia sprzed dwudziestu lat dostał jakichś spazmów. Wywracał oczami, stękał, otwierał bezradnie usta i wgapiał się w młodą, szczupłą, piękną, zadbaną i pewną siebie blondynkę ze zdjęć próbnych do reklamy lokalnie palonej w latach 90tych kawy. Uśmiechałam się wtedy jak Aldona, ale serce zapadało mi się do środka, jakby chciało całkiem zniknąć.

Zabolało, ale nie dotarło. Po prostu unikałam znajomego i nie wracałam już do tematu zdjęć z przeszłości. Nigdy więcej ich nikomu nie pokazałam. Jakby tamtej mnie nigdy nie było. Zostawiłam na etażerce jedną, zupełnie amatorsko wykonaną fotografię, na której mam bardzo rozbawioną minę i rzucam zwiniętymi skarpetkami w byłego chłopaka. Instynktownie czułam, że teraz jakoś jest mi ta wersja mnie potrzebna.

No i była, choćby po to, żeby przetrwać lawinę zupełnie niewinnie wypowiedzianych uwag mniej lub bardziej znajomych osób. Nikt z nich nie miał zamiaru mnie urazić, stwierdzali po prostu stan faktyczny.  Razu pewnego sąsiad nie rozpoznał mnie ubranej w sukienkę, na obcasach, ze zrobionymi włosami i makijażem. Widywał mnie codziennie przez dziesięć lat na moim własnym podwórku ale gdy siedział naprzeciw mnie przy weselnym stole, musiał poczekać aż pokłusuję do toalety, żeby zapytać koleżankę, kim jest ta blondynka po drugiej stronie stołu. Wszystkich to serdecznie ubawiło i opowiadali mi to jako najśmieszniejszy numer z wesela, a ja wysłuchiwałam z przylepionym, nieszczerym uśmiechem. Ok, dotarło, drogi Wszechświecie. Zmienię sposób ubierania się, żeby bardziej przypominać cywilizowaną istotę . Zaczęłam się malować. Tak, na co dzień. Tak, po prostu.

– A co ci się stało, że się malujesz? – zauważono moje starania.

– Tak mi się porobiło od kilku dni – udawałam, że to lekceważę.

– No, przyznaj się, gdzie go trzymasz? – usłyszałam żartem w odpowiedzi.

– W pudełku po butach – roześmiałam się ale chyba nikt nie zajarzył, że świntuszę.

Później przyszła pora na deptanie po palcach, tak niechcący, tak bez złych zamiarów. Wiem, wiem, ale i tak zabolało.  I tak dotarło.

– U ciebie to nawet jest ok – kolega skwitował moją przemowę na temat przeklinania w wykonaniu kobiet – ale mam taką znajomą, szczuplutką, drobniutką blondyneczkę i to zupełnie do niej nie pasuje jak przeklina.

No, tak, pomyślałam, zdrowie pięknych pań i Iwony.

Wiele jeszcze takich „perełek” wysłuchałam zanim pomyślałam sobie: dobrze, zrozumiałam i jestem wam wdzięczna. Skoro w głębi duszy nigdy nie jestem w stanie zaakceptować tego jak teraz wyglądam, to pozostaje to tylko zmienić. Kumam, kumam, tylko przestańcie już, bo mi się na płacz zbiera.

Przyszła i pora na płacz, kiedy moja kumpela, Trzpiotka,  przywiozła mi zdjęcia zrobione na imprezie, na której świetnie się bawiłam, tańczyłam, śpiewałam, śmiałam się i żartowałam.  Trzpiotka patrzy na świat jak na różowy obłok waty cukrowej, a na ludzi, wszystkich, bez wyjątku,  jakby byli zrobieni z miodu i orzechów. W swojej naiwnej słodkiej różowości pomyślała, że sprawi mi przyjemność uwieczniając dla mnie te chwile beztroskiej zabawy. A ja miałam okazję przyjrzeć się sobie obiektywnie. I zobaczyłam się, i zapłakałam tak żałośnie, że aż jej się chciało płakać razem ze mną.

– Jezu, jaka ja jestem nieszczęśliwa – łkałam. – Co z tego, że się tu śmieję – wskazałam zdjęcie – skoro po mnie całej widać, że jestem umęczona, nieszczęśliwa i próbuję przywdziać jakąś dziwaczną zbroję z tłuszczu i wielkich, workowatych ciuchów.

Wypłakałam resztkę łez i pomyślałam, że muszę popracować nad sobą. Nie, nie katować ciało dietą i ćwiczeniami. Muszę popracować nad szczęściem, a reszta przyjdzie sama. Więc wyrzucam niepotrzebne graty, deleguję obowiązki, którym nie mogę podołać. Kiedy jestem zła, żeby wykurzyć złe emocje tłukę niepotrzebne szkło i porcelanę. Odrzucam zbroję i odsłaniam miękkie podbrzusze tak jak teraz, kiedy to piszę. Wypełniam świat różową cukrową watą wesołej muzyki, ładnych obrazów, zwierząt, widoków, obiecujących planów. Spotykam się z fajnymi ludźmi. Pijawki, czyli ludzi wymagających ciągłego karmienia ego odsuwam lub sami znikają. Nie jem i nie  piję niczego, co mnie nie zachwyca. To samo z filmami, książkami, muzyką i ciuchami. Jeśli się nie zakochałam, to nie oglądam, nie czytam, nie słucham i nie kupuję. Pewnie, że czasem się potykam i wpadam znów w dół z którego tak pieczołowicie próbuję się wydobyć, ale teraz już wiem, że to dół, kiedy w nim jestem i wiem w jaki sposób odbudowywać odkruszone życiem kawałki mnie, by poczuć się znów całością.

W swojej różowej mądrości Trzpiotka powiedziała mi kiedyś:

– Jeśli sobie sama miodem dupy nie wysmarujesz, to nikt tego za ciebie nie zrobi. Nawet jak spotykasz kogoś na swojej drodze, to niech on sobie też sam dupę wysmaruje, a dopiero potem możecie je sobie smarować nawzajem, te dupy, tym miodem.

Osho pewnie nie byłby dumny z takiego cytatu, ale mądrości w nim więcej, niż wyczytałam w niejednej książce obiecującej rozwiązać wszystkie moje problemy. Dlatego na kieszeniach dżinsów wyszyję sobie napis : „Uwaga, miodem smarowane”.